Siedząc na parapecie

Jestem w tym domu gościem od lat. Pamiętam, jak go stawiano i pamiętam też człowieka, który narysował plany i nadzorował budowę. Przynajmniej wtedy jeszcze myślałem, że jest człowiekiem, chociaż od samego początku czułem, że jest w nim coś dziwnego. Dziwna też była ta budowa. Nie chodziło o maszyny ani o robotników – to wszystko mieściło się w normie. W normalny sposób kopano doły, wylewano fundamenty i stawiano kolejne ściany. Niecodzienne natomiast może się wydawać to, że pracowano tylko w nocy. Wszędzie było pełno lamp o najmocniejszych żarówkach, jakie kiedykolwiek widziałem, a ich światło nadawało robotnikom upiorny wręcz wygląd. Prace, o dziwo, szły w zastraszająco szybkim tempie i po niecałym roku dom został przygotowany do tego, żeby w nim zamieszkać.

No więc zaraz po skończeniu budowy wpadłem z małą wizytą i… trochę się zasiedziałem. Nawet ja nie przypuszczałem, że spędzę tutaj tyle czasu. Zaciekawiła mnie jednak rodzina, dla której postawiono dom.

Pierwszego wieczoru, tuż po zachodzie słońca, na podjeździe pojawił się samochód. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ot, zwyczajne auto zapakowane po dach pudłami. Wysiadł z niego mały chłopiec. Miał pewnie ze dwanaście, może trzynaście lat i wyglądał na chorego. Miał bladą, prawie białą twarz, podkrążone oczy, a poza tym zauważyłem, że nie trzymał się pewnie na nogach.

Nie tak powinien wyglądać dwunastoletni chłopiec.

Starszy jegomość doskoczył zaraz do niego, podniósł go, po czym obydwaj zniknęli we wnętrzu domu. Drzwi samochodu zostały otwarte, a światła włączone. Kilkanaście minut później mężczyzna wypadł z budynku i pospiesznie skierował się do bramy. W ręku niósł duży worek, w którym – jak się okazało chwilę później – była ziemia. Miałem stuprocentową pewność co do zawartości torby, bo mam dobry wzrok. Jestem na tym świecie wystarczająco długo i od razu poznałem, że tej ziemi nie powinno tutaj być. To zła ziemia. Doskonale też wiedziałem, do czego służy. Ktoś, kto chodzi dookoła swojego domu, rozsypując taką ziemię i mrucząc przy tym słowa, których nikt mruczeć nie powinien, nie chciał zostać odnaleziony.

Postanowiłem, że posiedzę tutaj jeszcze jakiś czas.

*

Nie powiedziałem Wam kilku ważnych rzeczy. Ojciec chłopca był niezwykle wysoki i chudy niczym patyk. Nie miał na głowie ani jednego włosa, a jego uszy nie wydawały się ludzkie: wielkie, szpiczaste, przylegające do łysej czaszki, na której miarowo pulsowały żyły – były aż nader widoczne. Mężczyzna zawsze chodził ubrany w elegancki czarny garnitur oraz takiego samego koloru koszulę i buty. Lekko przykrótkie nogawki spodni odsłaniały mu kostki, uwydatniając, i tak już niewiarygodnie duże, stopy. Oczy miał wielkie, okrągłe i całkowicie czarne. Nie było w nich białek ani powiek, więc – co z tym związane – nie mrugał. Pomimo tego żaden z robotników nigdy nie zwrócił na to uwagi, nie wypowiedział na ten temat chociażby jednego słówka.

Dom był dwupiętrowy, zbudowany z czerwonej cegły, z jedną wieżyczką po lewej stronie (gdy stało się twarzą do drzwi frontowych). Wszystkie dachówki trzymały się mocno, a w każdym z licznych okien paliło się światło. Zasłony zaciągano zarówno w dzień, jak i w nocy. Okna, o których mówię, były wysokie, lekko rozszerzone u góry, a szyby podzielone na cztery części. Nigdy nie zostały otwarte, mimo iż lato w tej okolicy każdemu dawało w kość. Co do okien z tyłu, to… w ogóle ich tam nie było. Pozostały za to okienne ramy, lecz wbudowane zostały one w ceglane ściany.

Jeśli zaś chodzi o chorego chłopca, którego widziałem pierwszego wieczoru, to wyglądał całkowicie normalnie (pomijając to, że bez wątpienia podupadał na zdrowiu), nigdy jednak nie wypuszczano go na dwór. Czasami tylko – przeważnie w nocy – widziałem jego sylwetkę na tle zaciągniętych zasłon.

Byłem oficjalnie zainteresowany.

*

Dni zamieniały się w miesiące, a miesiące w lata. Właściciel domu otworzył na parterze zakład pogrzebowy, którego usługi cieszyły się dużym powodzeniem wśród mieszkańców miasta. Nie wiem, czy chodziło o niskie ceny, czy o jakość wykonywanych usług, ale dwa karawany kilka razy w tygodniu przywoziły jegomościowi „świeży towar”. Człowiek prowadzący firmę musiał być też bardzo miły i kulturalny, ponieważ członkowie rodzin zmarłego (bądź zmarłej) zawsze serdecznie ściskali jego dłoń na pożegnanie, a na ich twarzach za każdym razem dostrzegałem ulgę. Zupełnie, jakby mężczyzna dbał również o wewnętrzny spokój swoich klientów (zarówno żywych, jak i tych, którymi zajmował się po godzinach).

Pewnego razu zostałem dostrzeżony. Nie ukrywałem się jakoś szczególnie, więc w zasadzie nie powinienem się dziwić. Obserwowałem małżeństwo żegnające się z właścicielem zakładu pogrzebowego. Ich twarze były blade, oczy mokre od łez, ale dało się zauważyć, że jest im znacznie lżej. Wysoki mężczyzna pozostał w progu, odprowadzając ich wzrokiem (przeważnie od razu znikał we wnętrzu swojego domu) i wtedy mnie dostrzegł. Zatrzymał na mnie spojrzenie i od razu mnie rozpoznał. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie jest człowiekiem. Może kiedyś nim był, ale to musiało się zmienić bardzo, bardzo dawno temu. Nie zrobił nic, żeby mnie przepędzić. Czułem też, że się mnie nie boi – pomimo tego, że nie jestem posłańcem dobrych wieści. Kiwnął mi tylko głową i pośpiesznie zniknął w mroku swojej posiadłości.

*

Któregoś wieczoru znów widziałem sylwetkę jego syna. Pojawiała się w oknie coraz rzadziej. Zastanawiałem się, czy chłopak może być aż tak wyczerpany chorobą, by nie mieć siły wstać z łóżka. Obserwowałem dwie postaci rozmawiające ze sobą na tle zaciągniętych zasłon. Tej nocy powiew wiatru uchylił jedną z nich nieznacznie, w wyniku czego powstała szczelina dostatecznie szeroka, bym widział, co dzieje się wewnątrz. Nikt nie zasłonił jej przez cały następny dzień. Kolejni klienci odwiedzali właściciela domu, a ten rzucał mi długie spojrzenia, gdy odprowadzał ich do wyjścia.

O co tutaj chodziło?

Tego samego dnia usiadłem na parapecie i po raz pierwszy zajrzałem do środka. Pomieszczenie, które mi pokazano, było bez wątpienia pokojem chłopca. Na półkach stały figurki różnych bohaterów komiksów, lecz warstwa kurzu wskazywała na to, że od dawna nikt ich nie używał. Pomiędzy zabawkami leżały, tu i ówdzie, książki o potworach, baśnie braci Grimm oraz podręczniki o anatomii człowieka. Dość dziwny zestaw dla chłopca, pomyślałem wtedy, ale nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Zerknąłem na jedno jedyne zdjęcie stojące na nocnej szafce. Przedstawiało chłopca, którym zainteresowałem się od chwili, gdy wysiadł z samochodu ojca. Na fotografii obydwaj stali w towarzystwie jakiejś małej dziewczynki. Była prawdopodobnie w tym samym wieku co młodzieniec, a zdjęcie zostało wykonane na tle kaplicy cmentarnej. Co ta dziewczynka robiła na cmentarzu i czemu sfotografowano ich właśnie tam? Coraz więcej pytań pojawiało się w mojej głowie i postanowiłem znaleźć odpowiedź na nie wszystkie. Oglądałem dalej, po czym stwierdziłem, że pokój jest bardzo czysty, jak na dziecięce standardy. Co prawda część ubrań wyskoczyła z szafy na wielki, puchaty, ciemnobrązowy dywan, ale to jeszcze nie tragedia. Do ścian przyczepione zostały lampy naftowe, lecz wiedziałem, że w środku są żarówki. Abażury nadawały pomieszczeniu charakteru oraz oświetlały wiszące na ścianach obrazy i postery z filmów. Chłopak bardzo lubił „Frankenweenie”, pomyślałem. Nie dziwię się, to dobra bajka. Biurko zawalono zeszytami, stały na nim talerze z prawie nietkniętym jedzeniem i laptop, którego ekran jasno świecił w półmroku. Poza zwyczajnymi meblami, zabawkami i plakatami w pomieszczeniu nie było zbyt wiele rzeczy.

Rozglądając się dookoła, spostrzegłem, że chory chłopiec na mnie.patrzy Trudno powiedzieć, kiedy się obudził, ale w tamtym momencie utkwił we mnie spojrzenie podkrążonych i zmęczonych oczu. Wpatrywaliśmy się w siebie przez kilka sekund, a chwilę później chłopak wyciągnął rękę spod kołdry i pomachał do mnie. Nawet tak niewymagający gest sprawiał mu wiele trudu. Wiedziałem, że tego wieczoru nie zobaczyłbym w oknie jego sylwetki.

*

Przez następnych parę miesięcy w każdym z okien zrobiono dla mnie szczelinę. Stałem się prawowitym mieszkańcem posiadłości i przesiadywałem wszędzie, gdzie tylko mi się zachciało. Czasami tylko opuszczałem mój dom, żeby coś zjeść. Na terenie posesji nie rosła nawet trawa, a nieliczne drzewa, jakie tutaj były, straciły wszystkie liście niemal od razu, gdy tajemniczy jegomość postawił stopę na swoim podwórku; już nigdy ich nie odzyskały.

Bywały dni, kiedy chłopak czuł się naprawdę dobrze. Od czasu do czasu szwendał się od rana do wieczora po domu, sprawdzając różne rzeczy, siedząc w Internecie lub jedząc posiłki, które przynosił mu ojciec. Niestety przez większość tygodni leżał pod kołdrą blady jak ściana i nie był w stanie powiedzieć nawet słowa.

W bocznym oknie zobaczyłem kiedyś, jak jego ojciec rozkładał na stole karty tarota. Pytał je o los swojego syna i chciał wiedzieć, jak może mu pomóc. Popijał przy tym z wysokiego kielicha gęsty, czerwony sok. Karty zawsze dawały mu odpowiedź, a czasem same przesuwały się po blacie, pokazując mu najbliższą przyszłość. Najwidoczniej nie jawiła się ona w radosnych barwach, ponieważ za każdym razem wysoki jegomość zrywał się z krzesła i wściekły opuszczał pokój pełen ksiąg w wielkich czarnych oprawach, zwierząt w klatkach, kryształowych kul i narzędzi o ostrych krawędziach. To rozdanie nie było wyjątkiem. Podleciałem do sąsiedniego pomieszczenia i dostrzegłem, że mężczyzna ma towarzystwo. Chodził po pokoju ze świeżo napełnionym kieliszkiem, w ogóle nie zwracając uwagi na grubego mężczyznę rozwalonego na fotelu. Przypatrzyłem się nieznajomemu lepiej i dostrzegłem trupią bladość na jego twarzy, brodę opartą na klatce piersiowej oraz dłoń bezwładnie zwisającą z oparcia. Facet musiał spać naprawdę głęboko.

Otaczającą ciszę przerwał dzwonek do drzwi. Drgnąłem lekko, bo od wpatrywania się w śpiącego całkowicie straciłem poczucie rzeczywistości. Właściciel domu rzucił pośpieszne spojrzenie na swojego gościa, odstawił kieliszek na stolik i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Musiałem zobaczyć, kto przyszedł. Zerwałem się z miejsca i momentalnie wylądowałem na werandzie tylko po to, by poczuć ukłucie rozczarowania – to byli tylko następni klienci. Wróciłem na parapet na piętrze. Śpiący nawet nie drgnął, a do mnie zaczynało powoli docierać to, co mogło dziać się w posiadłości.

Wydawało mi się, że nawet najgłośniejszy z dzwonków do drzwi nie dałby rady obudzić naszego gościa.

*

Mieszkaliśmy w domu od pięciu lat i niewiele się zmieniło. Ojciec chłopca zaczął od czasu do czasu zamykać zakład na dzień lub dwa, aby udać się w podróż. Do tej pory nie wiem, gdzie bywał, ale na pewno nie były to zwyczajne wycieczki. Bo kto normalny podróżuje z miejsca na miejsce, używając portalu otwartego za pomocą czarnej magii? Tak właśnie było! Dowiedziałem się wreszcie, co to za książki leżą na półce w pokoju, w którym mężczyzna rozstawiał tarota. Gdy obserwowałem, jak odprawia rytuał nad swoim synem, wyjaśniła się też przydatność zwierzaków w klatkach. Poczułem się osobiście urażony, lecz nie powiedziałem ani słowa.

Czar musiał nie poskutkować, ponieważ chłopiec został odtransportowany do swojego pokoju w takim samym stanie, w jakim został z niego przyniesiony (jeśli nie w gorszym).

W czasie jednej ze wspomnianych wycieczek udało mi się wreszcie nawiązać kontakt z chłopcem. Było to pewnej letniej nocy. Siedziałem na parapecie i doglądałem małego podczas nieobecności jego ojca. Nie chciało mi się spać i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem obserwowany. Chłopak wpatrywał się we mnie wielkimi, czarnymi oczami bez białek (mógłbym przysiąc, że gdy się tutaj wprowadzał, wyglądały one normalnie), a ja nieznacznie uniosłem skrzydło w geście powitania. Nie spodziewałem się tego, co miało nastąpić chwilę później.

Mały wyślizgnął się spod kołdry i chwiejnym krokiem podszedł do parapetu. Czekałem. Z niemałym trudem wdrapał się na biurko i po chwili mocowania z klamką okno stanęło przede mną otworem. Nie ruszyłem się z miejsca – tylko wpatrywałem się w tę bladą, chudą twarz i oczy, które teraz wyglądały dokładnie tak jak oczy jego ojca.

– Cześć – powitał mnie słabym głosem. – Jestem Daniel. Długo już z nami mieszkasz.

Nie odpowiedziałem, ale też nie uciekłem gdzie pieprz rośnie. W sumie to byłem w szoku. Nikt nigdy nie próbował ze mną rozmawiać. Nie mówię tylko o sytuacji w tym domu, ale we wszystkich, w jakich bywałem przez te kilka stuleci.

– Wiem, że mnie rozumiesz. – Daniel uśmiechnął się zachęcająco. – Mój tato powiedział mi, że kruki potrafią z nami rozmawiać, ale nikt nigdy nie chce z się do was odezwać, bo zawsze jesteście zwiastunami złych wieści. To prawda?

– Nie zawsze – odparłem po chwili wahania. – Czasem po prostu siedzimy i obserwujemy.

– A jak jest tym razem?

Nie odpowiedziałem. To bystry chłopak – faktycznie przyleciałem tutaj, żeby obserwować, jak umiera i zabrać go ze sobą, lecz na przestrzeni tych kilku lat widmo śmierci zbliżało się i oddalało zarazem. Nigdy dotąd nie spotkałem się z czymś takim.

– Ile masz lat? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

– Siedemnaście – odparł. – Niedługo są moje osiemnaste urodziny. Przyjdziesz?

– Nie wolno mi wchodzić do środka.

Daniel zamyślił się. Mina trochę mu zrzedła, przygryzł wargi i wyjaśnił:

– Nie mogę zrobić przyjęcia na dworze. Mój tato nie może przebywać na słońcu, bo pali mu się skóra. Widziałem raz, jak to się stało… Kilka lat temu, gdy musieliśmy uciekać.

Zamilkł i odwrócił pośpiesznie wzrok, zdając sobie sprawę z tego, że powiedział zbyt wiele. Do mnie jednak wreszcie dotarło, co się tutaj dzieje. Wszystkie te dziwne rzeczy, które widziałem na przestrzeni pięciu lat – począwszy od rozsypywania złej ziemi, a skończywszy na trupio bladym kompanie w fotelu — wskoczyły na swoje miejsce i ułożyły się w logiczną całość. Całość wywołującą ciarki na moim grzebiecie. Nie powinno mnie tutaj być. Nikogo nie powinno być w okolicy tego domu!

– No co chorujesz? – spytałem, choć przeczuwałem odpowiedź.

– Nie mogę o tym nikomu powiedzieć – odparł Daniel. – Tata mi zabronił.

– Siedzisz w tym domu tak całkiem sam. Nikt cię nigdy nie odwiedza. Nie jest ci smutno?

– Miałem kiedyś przyjaciółkę – odpowiedział, odwracając się, a ja wiedziałem, że patrzy na zdjęcie przy łóżku. – Byliśmy nierozłączni, w bezpiecznym miejscu dla takich jak my, ale wszystko się skończyło, kiedy zachorowałem. Mój tata pokłócił się ze wszystkimi, zabrał mnie tutaj i cały czas próbuje znaleźć dla mnie lekarstwo. To dlatego podróżuje, a ja siedzę sam. Nie mam siły wyjść na zewnątrz i nikogo poznać.

Było mi żal chłopaka, ale jeśli to, co wpadło mi do głowy, miało okazać się prawdą, to w zasadzie niewiele mogłem zrobić… Nikt nie mógł. Jakaś myśl zakiełkowała mi jednak z tyłu głowy i już miałem pocieszyć dzieciaka, gdy zobaczyłem, że ktoś stoi w progu pokoju. To mogła być tylko jedna osoba, a z nią nie chciałem mieć do czynienia.

Czmychnąłem czym prędzej i usłyszałem tylko okno zatrzaskujące się za mną z głośnym hukiem. Przysiadłem na gałęzi bezlistnego drzewa i patrzyłem na dwie postacie wymachujące rękami na tle zasłoniętego okna.

*

Następnego dnia jednak nikt nie zaciągnął ani jednej zasłony. Sprawdziłem dwukrotnie. Nadal byłem mile widziany! Mało tego! Stało się coś znacznie gorszego. Siedziałem sobie tego popołudnia na ziemi, czyszcząc pióra, gdy usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Od niechcenia spojrzałem w tamtą stronę, ale nie spodziewałem się dojrzeć niczego, czego nie widziałbym tutaj wcześniej. Opuściłem więc łeb i zająłem się sprawami naprawdę ważnymi, nasłuchując tylko trzaśnięcia zamykanych drzwi. Zamiast tego minęli mnie klienci zakładu pogrzebowego i nastała cisza. Ostrożnie opuściłem skrzydło i zerknąłem, niby od niechcenia, w stronę werandy. Ojciec Daniela stał w progu, ukryty w cieniu. Wyciągnął dłoń o długich palcach (i jeszcze dłuższych pazurach), po czym gestem zaprosił mnie do środka.

Przełknąłem głośno ślinę i (po naprawdę długiej chwili wahania i rozważań) podreptałem na swoich krótkich nogach w stronę domu. Wskoczyłem po kilku schodkach i znalazłem się tuż przed właścicielem domu. Z dołu wyglądał na jeszcze większego, a teraz – gdy już wiedziałem, kim jest – zdawał mi się milion razy groźniejszy. Jeszcze te jego oczy! Patrzył nimi na mnie, a ja wiedziałem, czego w nich brakuje.

– Słyszałem, że poznałeś mojego syna – odezwał się ojciec Daniela. – Wejdź, proszę, do środka.

Przestąpiłem niepewnie z nogi na nogę, ale zamiast iść do przodu, cofnąłem się, dopóki nie poczułem na grzbiecie ciepłych promieni słońca. Zadarłem łeb do góry i czekałem.

– A więc wiesz, kim jestem. – Mężczyzna cmoknął zadowolony, lecz nie przestąpił progu.

– Wiem też, na co choruje twój syn – podjąłem rozmowę. – Bardzo wam współczuję. Nie sądzę, by można było trafić gorzej.

Jegomość skrzyżował ręce na piersi i podrapał się w policzek swoim długim paznokciem. Nie odrywał przy tym ode mnie spojrzenia. Nie wyglądało to zachęcająco, przyznaję.

– Sprawa nie jest jeszcze przesądzona – powiedział. – Może w końcu znajdę lekarstwo. Na razie udało mi się spowolnić proces.

– Czego ode mnie chcesz?

– Mam do ciebie prośbę. Wiem, dla kogo pracujesz – to potężna istota. Ona może mi pomóc. Próbowałem ją przywołać i raz prawie mi się udało, lecz nie skończyło się to dobrze.

Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. To dlatego pozwalał mi zostać tutaj tak długo. Wiedział, kim jestem – tego domyśliłem się w miarę szybko. Ale nie przyszło mi do głowy, że będzie próbował dotrzeć przeze mnie do mojej szefowej.

– Nie rób tego – powiedziałem pośpiesznie. – Wiesz, że ona nigdy nikomu nie pomogła i tym razem też nie będzie wyjątku. Jedyne, co może zrobić twojemu synowi, to krzywdę! Odpuść.

– Nie mogę! To moje dziecko i nie pozwolę, żeby skończył jak…

Przerwał, łapiąc oddech i usuwając się bardziej w cień. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że prawie wyszedł na zewnątrz. Ja za to poczułem – wstyd się przyznać – smakowity zapach smażonego mięsa.

– Nie polecę z taką prośbą do mojej szefowej, możesz być pewien. Już bym stamtąd nie wrócił.

Ojciec Daniela zamyślił się i widać było, że próbuje mnie podejść z różnych stron. Czekałem… No bo w sumie co miałem do roboty?

– Słyszałem, że Daniel ma niedługo osiemnaste urodziny – podjąłem ostrożnie, bo coś mi wpadło do głowy.

– Tak, za dwa dni.

– Czy mogę przynieść mu prezent?

Wysoki mężczyzna tylko spojrzał na mnie podejrzliwie.

*

Podróż nie zajęła mi dużo czasu i wróciłem w noc poprzedzającą urodziny Daniela. Jego ojciec już na mnie czekał. Wyciągnął przed siebie rękę, a ja posłusznie wylądowałem na jego przedramieniu. Wyjął z mojego dzioba gałązkę z jagodami.


Rys. Martyna Nejman

– To są jagody z ogrodu mojej szefowej – wyjaśniłem, gdy złapałem już oddech. – Nie wie, że je wziąłem, więc jakbyśmy zatrzymali tę sprawę między sobą…

– Oczywiście – odpowiedział mężczyzna. – Ale to nie wyleczy mojego dziecka.

– Nic nie wyleczy twojego dziecka – sprostowałem. – Da mu to jednak pełnię sił na jeden dzień.

– Cóż mi po tym?! – warknął.

– Możesz wypuścić Daniela na zewnątrz – wyjaśniłem cierpliwie. – Chłopak nie ma nikogo, siedzi cały dzień sam…

– Ludzie zrobią mu krzywdę! – zaoponował.

– Część ludzi jest dobra – odpowiedziałem, patrząc mu w oczy. – Daj mu w prezencie możliwość posiadania przyjaciela.

*

Mimo tego, że chciałem być dobry, sprawy potoczyły się w nieco inny sposób, niż przewidywałem. We własnych myślach zostałem bohaterem i wszyscy – szczególnie Daniel – byli mi wdzięczni do końca życia. Część mojej wizji się sprawdziła. Daniel zjadł tort i wyszedł na dwór. Spodziewałem się, że wróci z chociaż jednym przyjacielem. Możecie sobie wyobrazić moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem go drepczącego samotnie po chodniku. Pomachał do mnie ręką i zadowolony wskoczył do domu.

– No i te wszystkie jagody psu… – westchnąłem. – Szefowa mi pióra powyrywa.

*

Następnego ranka zbudziły mnie kroki. Na wpół sklejonymi oczami zobaczyłem trójkę ludzi – dwie dziewczyny i starszego mężczyznę, idących w stronę domu. Nie przejąłbym się tym, gdyby nie fakt, że zamiast zapukać do drzwi wejściowych, odbili w bok i zeszli do piwnicy. Było w nich wszystkich coś dziwnego.

Obleciałem kilkukrotnie cały dom, ale nigdzie nie znalazłem Daniela. Nie leżał w łóżku, nie siedział też z ojcem w pokoju tarota. Zasiadłem na parapecie jego sypialni i zdenerwowany czekałem, aż wróci na górę.

Drzwi otworzyły się dopiero późnym wieczorem. Na zewnątrz szalała burza z piorunami i myślałem, że zaraz mnie zwieje. Trwałem jednak na stanowisku. I dobrze, że to zrobiłem, bo gdy zdałem sobie sprawę, co chłopak nabroił, opadł mi dziób. Znalazł sobie przyjaciela, a jak! Wprowadził do pokoju dziewczynkę o blond włosach, wielkich jak spodki, świecących oczach, nieproporcjonalnie dużych ustach i długich, sięgających prawie do kolan rękach. Wszystko byłoby ładnie, gdyby nie ślady szycia i szwy w miejscach tych wszystkich nieproporcjonalnych części, które jakoś nie pasowały mi do… hmmm… jednego ciała.

Daniel podbiegł do okna i otworzył je. Był przeszczęśliwy.

– Cześć, kruku – powiedział do mnie. – Zobacz, mam przyjaciela! Ma same dobre części!

Nie czekając na moją odpowiedź, pognał do dziewczynki, która usiadła na łóżku, tuż pod plakatem z filmu „Frankenweenie”.

– Co ja narobiłem – westchnąłem, zakrywając oczy skrzydłem.

Miałem rację od samego początku. To nie był zwyczajny dom.

 

Skryba: A.Forge

Czas akcji: przed wydarzeniami z „Cmentarzyska”