8. Sztuka składania historii. Część I. Szczerość przekazu.

Arnold Cytrowski

PONIŻSZY WPIS ZNAJDZIECIE TAKŻE W FORMIE VIDEO

Na początek kilka słów wyjaśnienia na temat tego, skąd w ogóle pomysł na cykl taki, a nie inny.

Każdy lubi co innego, prawda jasna jak diabli.

Dla twórców – moim zdaniem – to sprawa szczególnie ważna: przecież to, co tworzymy, jest wypadkową tego, co nas kręci, z maleńkim – choć najważniejszym – zwieńczeniem w postaci dodania samego siebie, na sam czubek, jak gwiazdka na choince.

Mój ranking dotyczył będzie czynników, które – według mojego pojmowania świata czy sztuki – najbardziej przekładają się na to, czy uznaję coś za arcydzieło, czy niekoniecznie.

Pragnę jednocześnie zaznaczyć, że kolejność tutaj przedstawiona jest malejąca, to jest zaczynam od czynników (według mnie, podkreślam!) najważniejszych do najmniej ważnych, jednakże nie oznacza to, że ten, który znajdzie się na końcu, ważny nie jest.

Moim zdaniem wszystkie są niezbędne, bo wszystkie składają się na opowieść…A to, czy je uszeregujecie według mojej kolejności, czy własnej… 

Możemy podyskutować 🙂

Tymczasem przedstawiam je wszystkie tutaj, po kolei, czekam na krzyki oburzenia:

I. Szczerość przekazu

II. Autentyczność postaci

III. Narracja

IV. Nastrój

V. Autentyczność zdarzeń

VI. Oryginalność świata

VII. Oryginalność intrygi.

Zacznijmy od I.

Szczerość przekazu

Absolutny fundament, no cholera jasna.

Jeśli czytaliście choć trochę moich tekstowych wypowiedzi, powinniście się zresztą domyślić.

Nic chyba nigdy nie miało dla mnie większego znaczenia. Jestem dogłębnie przekonany, że każdy człowiek, który ma w sobie choćby iskierkę wrażliwości, kto nigdy nie kopnąłby szczenięcego labradora, jest w stanie docenić coś takiego jak szczerość przekazu.

Ale czym to jest? Czy da się to jakoś zakwalifikować, okiełznać do postaci kilku zdań? Nie wiem, co nie zmienia faktu, że się postaram.

Ogień, mam wrażenie, jest czymś najbardziej pierwotnym, jest głównym prowodyrem tego, że coś powstaje. To wewnętrzna potrzeba autora, by dany obiekt, dana chwila, dany twór w ogóle zaistniał, by potem odbić swoje piętno na historii świata, jeśli już uciekamy w patos (mam kolegę o takim pseudonimie – i tu Cię serdecznie pozdrawiam).

Szczerość przekazu jest najważniejszym czynnikiem, chyba zbyt często niedocenianym. Mam wrażenie, że bardzo niewielu ludzi stara się sięgnąć do swojego własnego, unikalnego,najgłębszego ja, zamiast tego sięgają po to, co jest cool, a nie tego, co jest prawdziwe.

Ale przecież szczerość przekazu to pramatka wszelkich kultowych, niezapomnianych rzeczy.

Czyż nie to kierowało pierwotnym zamysłem Tolkiena?

Czy „Forrest Gump” przebiłby się na ekrany kin, gdyby nie bijąca z jego kartek szczerość?

Czy Tommy Wiseau osiągnąłby to, co osiągnął, gdyby nie był w tym wszystkim dobitnie prawdziwy?

Mógłbym właściwie wymieniać bez końca, ale dam sobie rękę uciąć, że wszystkie dzieła sztuki uznawane za wybitne czy kultowe powstały dzięki szczerości przekazu. Cała reszta… albo po prostu miała być cool, albo po prostu miała pecha.

Amen.

Szczerość jest także tym, co najprędzej się wypala, i piję tu do Was, wszelakie tasiemce, seriale, nieskończone kontynuacje filmów i bezkresne sagi książek.

Ileż to razy świetne, napisane od serducha historie rozwadniają się ciągle i ciągle, aż w końcu zupełnie tracą smak, a same historie nie mają zakończenia, na które by zasługiwały?

Przecież historie są po to, żeby się skończyć. Zakończenie jest przecież czymś, dla którego dzieło właściwie powstaje.

Cholera jasna (to już drugi raz w tym tekście, powoli zaczynam ważyć na słowa), mógłbym ponownie, bez końca mnożyć przykłady ukochanych opowieści, które – wskutek chciwości, poprzez presję, czy dowolny inny czynnik – rozmieniają się na drobne, mimo że z początku wydawały się genialne, albo nawet genialne w swojej prostocie.

A potem musisz udawać, że powstała tylko pierwsza część, chociaż to wierutne kłamstwo. Kto tak nie miał, nigdy, niech pierwszy rzuci kamieniem, byle lekkim, nie jestem ubezpieczony.

Sam też osobiście nie widzę sensu w dojeniu z danego lore aż do ostatniej kropli krwi. Tak postępują barbarzyńcy, miłość jednak działa na innych zasadach niż grabież

Im bardziej kochasz dany świat, tym dotkliwsze będzie z nim rozstanie – i o to w tym chodzi. To dobrze! Tylko wtedy, jako twórcy,dostarczymy światu coś, co nazywam pełną gamą emocji, co utrwali się na wieczność w czyimś umyśle, choć odrobinę wpłynie na jego osobowość, zmusi do przemyśleń, czy uczuć.

Ja, jako autor, staram się tworzyć historie, które poruszyłyby przede wszystkim mnie, bo wierzę, że jeśli będą autentyczne dla mnie, będą też autentyczne dla każdej innej osoby. 

O ile ta osoba, oczywiście, da temu szanse. 

Bo szansa to magiczne zaklęcie, dzięki któremu opowieśćmoże w ogóle zaistnieć.

A jeśli istnieje tylko w głowie autora, to tak jakby w ogóle nie istniała (patrz: poprzedni wpis o skromności, nieskromnie polecam).

To byłoby na tyle. Tutaj uznam, że kończę swoje przemówienie, kładę jedną z dłoni na plecy, kłaniam się, niziutko, rzecz jasna.

Arnold