Szczęście rodziny Ponurych

Szczęście rodziny Ponurych

I

– Jeszcze nigdy nie mieliśmy tak przechlapane, panie Forge – wydyszał w moim kierunku pan Ponury, ocierając pospiesznie krew napływającą mu do oka.

Powiem Wam szczerze, że nie dało się teraz z nim nie zgodzić. Byliśmy w potrzasku i, nie mając nic lepszego do roboty, starałem się prześledzić w głowie przebieg mojej służby w poszukiwaniu sytuacji gorszej niż ta, w której się znaleźliśmy, lecz rzeczywiście nic nie przychodziło mi na myśl. Żaden z moich wcześniejszych pracodawców nie był takim debilem, jak ten tutaj, obok mnie. Jeśli na bieżąco czytacie wpisy z tego dziennika, to wiecie, że nakreśliłem tam parę naszych, hmmm, wpadek, lecz zawsze, ale to zawsze, widniała na horyzoncie iskierka nadziei, dająca podstawy do tego, by myśleć, że jednak wszystko dobrze się skończy. Zawsze mieliśmy jakiś plan awaryjny, a teraz…

BUUUUMMMMM!!!

Huk rozsadził mi uszy, a zęby nieprzyjemnie zadygotały w dziąsłach. W oczach mi się podwoiło, a przy pierwszej próbie zaczerpnięcia oddechu, płuca wypełniły się gryzącym pyłem.

– A zapewniali, że te wrota są niezniszczalne! – krzyknął w moim kierunku pan Ponury, zatykając sobie uszy i krzywiąc się z bólu.

Teraz ci się zebrało na żarty, łachudro jedna?!, pomyślałem ze złością. Zaraz mu przywalę! Jak Boga kocham! W sumie nic mi nie szkodzi. Jeśli to ostatnia rzecz, jaką zrobię, to przynajmniej umrę spełniony.

NIE MAZGAJ MI SIĘ TU, FORGE!, wykrzyknął w mojej głowie mój prywatny demon. JAK MI TERAZ UMRZESZ, TO JA CIĘ ZNAJDĘ, GDZIEKOLWIEK PÓJDZIESZ, I DOSTANIESZ W RYJ! NAWET NIE MIAŁEM SZANSY POŻEGNAĆ SIĘ Z MOIM PYSIEM!, dodał tonem przepełnionym nostalgią.

Akurat tego nie będę tutaj opisywał. Wolę sobie nie przypominać.

Zacisnąłem zęby i zmusiłem obolałe ciało do ostatniego wysiłku. Mój pracodawca również powstał, tuląc do siebie jedną ręką swój nieodłączny neseser. Druga zwisała bezwładnie, przypominając poczerniały kikut. Mokre od krwi ubrania ciążyły nam niemiłosiernie, utrudniając ruchy. Ledwo widziałem na oczy i nie wiem, jak mieliśmy z nimi walczyć, nie posiadając w sobie ani odrobiny magii. To pierwsze, co nam zabrali.

– Panie Forge – zwrócił się do mnie szef, przełykając ślinę – nadchodzą!

II

Kilkanaście… kilka godzin… No, jakoś wcześniej, w każdym razie.

Zszedłem na dół po schodach, potrząsając niepewnie głową i opierając się ciężko na wadliwej poręczy. Czułem, jak demon, którego chwilę wcześniej przyjąłem z nie do końca otwartymi ramionami, ponownie gnieździ się w mym udręczonym umyśle. Całe szczęście, że postawiłem wcześniej kilka barier uniemożliwiających mu podsłuchiwanie moich prywatnych myśli.

Pan Ponury czekał w korytarzu naszego domu przy ulicy Kasprowicza we Wrocławiu. Przez ostatnie kilka tygodni nie opuszczałem go ze względu na przypadkowe opętanie, z którym wspólnie próbowaliśmy się uporać, dlatego po części cieszyłem się perspektywą zaczerpnięcia świeżego powietrza i rozprostowania rozleniwionych kości.

Mój pracodawca chodził w tę i z powrotem, pukając nerwowo palcami w nieodłączny atrybut handlarza magicznymi przedmiotami – wyświechtany skórzany neseser. Przystanąłem na półpiętrze, wpatrując się w szefa, a moje myśli po raz pierwszy otulił cień niepewności.

Kurde, całkiem poetycko, co nie?

Za każdym razem, gdy wyruszaliśmy na akcję, kipiał entuzjazmem i niejednokrotnie niecierpliwił się jak małe dziecko, nie mogąc się doczekać, aż położy te swoje obślizgłe łapska na kolejnym magicznym artefakcie. Tym razem jednak widziałem nerwowość i jakby trwogę. Nie zdarzyło mi się wcześniej dostrzec autentycznego strachu na tym jego wąsatym pysku. Owszem – panikował, kiedy musieliśmy uciekać – lecz to było całkiem coś innego.

No, ale nie tracąc wyrazów na głupoty…

– Długo się pan będziesz jeszcze zbierał?! – warknął na powitanie, otwierając jednocześnie drzwi wyjściowe. – Mamy robotę do wykonania!

Przeszliśmy do zasłoniętego wysokim żywopłotem ogrodu, gdzie czekał już na nas otwarty portal. Musieliśmy iść naokoło, bo drzwi od tylnego wyjścia się zepsuły, a żaden z nas nie wiedział, jak przykręcić ten cholerny zawias. Łatwiej przyszło nam po prostu o nich zapomnieć. Nie zwalniając kroku, przeszliśmy przez portal.

Pan Ponury miał rację. Trzeba wykonać najważniejszą robotę w karierze całego rodu!

III

Wynurzyliśmy się pośrodku pustej uliczki. No, nie całkiem pustej – jakiś kot czy szop grzebał głośno w pobliskim kontenerze na śmieci. Z trzech stron otaczały nas wysokie ściany budynków, a ciężkie chmury nie zapowiadały bynajmniej pogodnej nocy.

Mój pracodawca poprawił swoją kraciastą marynarkę i ruszył niepewnym krokiem przed siebie, nie dając mi innego wyboru, jak tylko podążyć w ślad za nim. Krótki manewr pomiędzy kubłami i już staliśmy na wylocie, przyglądając się dyskretnie zwyczajnemu osiedlowemu placykowi. Nagle poczułem, że ktoś puka mnie czymś ostrym w ramię i momentalnie zesztywniałem. Zwalczyłem w sobie chęć puszczenia się biegiem i wolno obróciłem głowę.

Na wysokości naszych twarzy unosił się goblin. Mały, z zielonym pyskiem, binoklami na długim zakrzywionym nosie, noszący najmodniejszy dwuczęściowy garnitur z otworami na niewielkie skrzydełka. Siwe włosy zaczesał gładko do tyłu (zarówno na głowie, jak i w uszach). Jeśli mam być szczery, to nawet lubiłem gobliny – zawsze należycie wykonywały swoje obowiązki. Stworek odchrząknął nieznacznie, by zwrócić na siebie uwagę mojego szefa, po czym zapytał uprzejmym tonem:

– Czym mogę panom służyć?

Pan Ponury drgnął i pospiesznie odsunął dłoń od zamka swojego podręcznego nesesera. Wyprostował się jak struna, szarpnął kilkukrotnie długie wąsy i, odwracając się, odpowiedział:

– Chciałbym odwiedzić skarbiec. Posiadam przedmiot, który chciałbym należycie zabezpieczyć.

– Nikt nie wchodzi do skarbca Niewidomców, jeśli wcześniej bez zastrzeżeń nie spełnił wszystkich niezbędnych wymagań, panie Ponury – wyjaśnił grzecznie, acz stanowczo goblin.

Ja z kolei, gdy to usłyszałem, wytrzeszczyłem oczy i poczułem, że krew odpływa mi z twarzy. Pradawni strażnicy nienaruszalności granic między światami kontra mizerny handlarz i jego wierny kompan, chuderlawy skryba? Bombowo!

FORGE, SPIEPRZAJMY STĄD!, wykrzyknął mój prywatny demon. JEŚLI NIEWIDOMCE NAS ZŁAPIĄ…

Wiem, co się stanie, uciąłem dyskusję. Stul dziób i pozwól mi pomyśleć.

ZRÓB TO ALBO PRZEJMĘ KONTROLĘ!

Powodzenia!

W mojej głowie nastąpiła chwila ciszy, po czym:

POSTAWIŁEŚ BLOKADY, TY SZCZURZY POMIOCIE!

Masz mnie za debila?, zapytałem kpiącym tonem. Myślałeś, że w żaden sposób nie przygotuję się na twój powrót?

Demon parskał i rzucał kolejnymi przekleństwami, a ja zastanawiałem się, dlaczego, DLACZEGO nigdy nie pytałem, dokąd się wybieramy. Już po incydencie w domu Znachorek obiecałem sobie, że nie będę ślepo podążał za moim szefem, i jak to się skończyło? Wylądowałem przed kwaterą główną Niewidomców. Najwidoczniej w mózgu pana Ponurego klepki poprzestawiały się bardziej, niż wszyscy sądzili.

– Rozumiem – zgodził się pokornie mój pracodwaca. – Tak się składa, że jestem umówiony już od kilku tygodni. Strażnicy mnie oczekują.

– Niewidomce nigdy nie czekają na nikogo – podsumował wyniośle goblin.

Wyjął jednak z zewnętrznej kieszeni swojej marynarki mały zeszycik i zaczął szybko kartkować. Zmarszczył czoło i przekartkował go w tył, zapisał coś, po czym kiwnął nam głową. Błyskawicznie odleciał w stronę pobliskiego śmietnika, uniósł klapę, a po jej wewnętrznej stronie dostrzegliśmy z panem Ponurym pordzewiały metalowy zamek. Goblin wyjął maleńki złoty kluczyk, wsadził go do środka i przekręcił gładko. Usłyszeliśmy głośny trzask.

– Zapraszam, panowie – powiedział, przelatując pomiędzy naszymi zdziwionymi twarzami. – Witam w kwaterze głównej strażników granic światów. To wielki zaszczyt, powinniście o tym wiedzieć.

Odwróciliśmy się w ślad za lewitującym stworkiem, a tam, gdzie jeszcze przed chwilą widniał plac, wyrosła z betonu wysoka żelazna brama. Na kolce u jej szczytu ktoś ponabijał czaszki ludzi i stworzeń nieznanej przeze mnie rasy. Przełknąłem ślinę, gdy zawiasy skrzypnęły złowieszczo przy otwieraniu.

– Żałujcie, że nie widzieliście ich, jak jeszcze mięso odchodziło od kości – roześmiał się stworek, wskazując głową na kolce. – Jedni z ostatnich, którzy próbowali okraść skarbiec. Jest jeszcze kilku w sali głównej, ale nie pociągną już długo.

Pan Ponury zerknął na mnie niepewnie, a ja pokręciłem szybko głową. Jeśli właśnie to robili z potencjalnymi złodziejami, to akurat my byliśmy ostatnimi osobami, które powinny tam wejść. Mój pracodawca jednak zacisnął wargi i ruszył przed siebie, zmuszając mnie do tego samego.

IV

W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się osiedlowy plac, teraz ukazała się potężnych rozmiarów recepcja. Wyłożona kamiennymi płytami nadawała wnętrzu surowego, zimnego wyglądu. Po drugiej stronie ustawiono w poprzek szeroką drewnianą ladę, za którą latał kolejny goblin, wyjmując coś z jednej szuflady tylko po to, by odłożyć do innej, znajdującej się po drugiej stronie. Do bocznych ścian przymocowano proste, długie ławki dla interesantów, lecz najgorsze wyeksponowano na środku wielkiej sali.

W centralnym punkcie klęczeli ludzie przykuci do podłogi grubymi łańcuchami. Ciężkie metalowe bransolety ciążyły im na nadgarstkach, przyciągając ręce do ziemi. Z wygiętych w łuk pleców odłaziły płaty skóry, odsłaniając fragmenty kręgosłupa i żeber. Z głów zerwano im skalpy, pozostawiając tylko nieliczne pasemka włosów. Przetrącono im również kostki. Z licznych ran i rozcięć sączyła się na podłogę ropa, wypełniając pomieszczenie obrzydliwym, lepkim zapachem zbliżającej się śmierci. Wyrwano im oczy. Oczodoły ziały pustką, gdziekolwiek tylko odwrócili udręczone, umazane zakrzepłą krwią twarze. Dwóch mężczyzn i kobieta jęczeli cicho z bólu, starając się nie poruszać, by nie rozerwać gojących się ran. Kobieta odwróciła się w naszą stronę i otworzyła usta, chcąc najwidoczniej coś powiedzieć, i wtedy dostrzegłem, że pozbawiono ją języka, a palce u rąk sterczały jej pod nienaturalnymi kątami.

Rys. Martyna Nejman

– To właśnie oni próbowali nas okraść – oznajmił z satysfakcją goblin, zerkając na nas z ukosa. – Czeka ich prawdziwa męczarnia, gdy Niewidomce dobiorą im się do skóry.

To jeszcze się nie dobrali?, pomyślałem. Kto, na litość boską, im to zrobił?!

Przełknąłem ślinę i dostrzegłem pot spływający po skroni mojego szefa. Nasz przewodnik podleciał do biurka recepcjonisty i przywołał nas gestem do siebie. Złodzieje ulokowani zostali w ten sposób, że niemożliwym było minięcie ich bokiem. Musieliśmy przejść pomiędzy nimi w takiej odległości, że bez trudu mogliby się na nas rzucić, gdyby chcieli albo mieli taką możliwość.

Pan Ponury ruszył przed siebie. W tym momencie z ziemi wystrzeliła metalowa bransoleta na łańcuchu i w mgnieniu oka zamknęła się na jego nadgarstku. Mój pracodawca szarpnął ręką z całej siły, lecz ledwo mógł ją unieść. Po kilku sekundach zgarbił się pod ciężarem kajdan i spojrzał na mnie przerażony.

Ja natomiast stałem jak wryty, bojąc się uczynić bodaj krok w którąkolwiek ze stron.

NIE WAŻ SIĘ RUSZYĆ MU NA POMOC, FORGE!, ostrzegł demon w mojej głowie. NIEWIDOMCE JUŻ WIEDZĄ, ŻE PRZYSZLIŚCIE ICH OKRAŚĆ. ZOSTAW GO I UCIEKAJ, DOPÓKI JESZCZE MOŻESZ!

V

– Powinieneś lepiej dobierać sobie informatorów, Ponury – wykrzyknął stworek z drugiego końca sali. – Już od trzech miesięcy cię monitorujemy. Myślisz, że dlaczego dostałeś zgodę na dostęp do skarbca?

Mój pracodawca zacisnął wargi i spojrzał zrozpaczonym wzrokiem najpierw na więźniów, a potem na mnie. Cóż mogłem zrobić sam w kwaterze głównej Niewidomców?!

UCIEKAJ, FORGE!

Chwila przedłużała się. Zrobiłem niepewny krok w stronę pana Ponurego, a ten nieznacznie się uśmiechnął, po czym wyjął ze swojej kieszeni magiczną runę i przytknął ją do metalowej obręczy na nadgarstku. Wykrzyknął zaklęcie, materiał stopniał w ciągu kilku sekund, a jego dłoń zajęła się ogniem. Zanim udało mu się ją ugasić, sczerniała niczym węgiel. Handlarz wrzasnął i zachwiał się, blady jak papier, a ja skoczyłem i złapałem go tuż nad ziemią.

– Szybko, w drugiej kieszeni – wystękał na granicy omdlenia. – Fiolka… rozbij ją pan.

Zanim ją znalazłem, gobliny pokonały połowę dzielącego nas dystansu. Bez zastanowienia rozbiłem buteleczkę, a wszystko otuliła śnieżnobiała mgła. Mój pracodawca wrzucił sobie do ust coś, co wyglądało jak suszona śliwka, i już po chwili przejawił gotowość do ucieczki. Sam wyrwałem w stronę wyjścia, ale nagle poczułem, że handlarz szarpie mnie za płaszcz.

– Musimy iść dalej! – nakazał i pociągnął mnie mocniej w swoją stronę. – Szczęście mojej rodziny jest niedaleko!

ON CHYBA OSZALAŁ!, wrzasnął mój prywatny demon.

Całkowicie się z tobą zgadzam, powiedziałem, ruszając za pracodawcą.

Mgła rozwiewała się przed naszymi stopami, idealnie odsłaniając drogę do bocznego korytarza. Za plecami słyszeliśmy liczne wrzaski i przekleństwa goblinów oraz zawodzenie i jęki więźniów. Zbiegaliśmy po stromych schodach w dół, gdy poczułem czyjś lodowaty, acz subtelny dotyk na karku. Wzdrygnąłem się, kręcąc dookoła głową, omal się przy tym nie przewracając, lecz niczego nie dostrzegłem. Kątem oka zauważyłem za to, że Pan Ponury robi dokładnie to samo.

Nasza ucieczka nie trwała długo. Przeważnie udawało nam się nawiać, przyznaję, lecz tym razem nie zdążyliśmy pokonać nawet jednych schodów. Zanim dotarliśmy do połowy, dostrzegliśmy kratę wolno opadającą ku ziemi na drugim ich końcu. Miała skutecznie zablokować nam drogę ucieczki.

– Nie zdążymy! – ryknął do mnie szef. – Szybko, użyj pan czaru i zatrzymaj to przeklęte żelastwo!

Posłusznie machnąłem ręką, układając palce w specjalny znak, ale nic się nie wydarzyło. Zrobiłem to ponownie, lecz i tym razem nie poczułem w swoim ciele nawet odrobiny magii. Krata zjeżdżała coraz niżej. Mój pracodawca odwrócił się w moją stronę z wściekłą miną i przez chwilę sam próbował zablokować pułapkę. Osiągnął dokładnie tyle, co ja.

– Panie Forge – powiedział do mnie, zwalniając kroku – odebrali nam magię!

W tym momencie krata opadła z głośnym hukiem, a za plecami usłyszeliśmy szybkie kroki i donośne wrzaski.

Złapali nas.

VI

Teraz obaj nieśliśmy na nadgarstkach ciężkie kajdany. Dołączono nam też komplet na kostki, co sprawiło, że człowiek bez nóg poruszałby się szybciej od nas. Wleczono nas po schodach w towarzystwie czterech goblinów uzbrojonych w paralizatory. Dwójka lecąca z przodu bezustannie przypominała nam, co zrobią z nami ich szefowie, a para z tyłu od czasu do czasu poganiała nas prądem.

Pan Ponury ze stoickim wręcz spokojem znosił wszystko, czego doświadczaliśmy i zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem część jego planu. Jak Boga kocham, czasami nawet nie chciałem się domyślać, co może siedzieć w tym poczochranym łbie. No ale nic, szliśmy dalej.

Zaprowadzono nas do biura, w którym przebywał Bannik. Westchnąłem w duchu, lecz nie wypowiedziałem ani słowa.

TEŻ ICH NIENAWIDZĘ, FORGE, próbował pocieszyć mnie demon. STRASZNIE ŚMIERDZĄ I SĄ JAKIES TAKIE… LEPKIE.

Całe szczęście, że to nie ten sam, któremu zniszczyliśmy życie, odpowiedziałem i mój humor nieznacznie się poprawił.

Usadowiono nas na krzesłach po drugiej stronie biurka. Słowiański demon gestem nakazał stworkom odlecieć i po chwili zostaliśmy tylko we trójkę. Już otwierałem usta, żeby powiedzieć cokolwiek, gdy kątem oka wychwyciłem, że mój pracodawca powoli uchyla boczną kieszeń swojego nesesera. Maleńki pajączek o krótkich nóżkach skorzystał z okazji i czmychnął na wolność, zjeżdżając na podłogę przy użyciu własnej pajęczyny. Bannik coś do nas mówił, ale mi nie chciało się słuchać kolejnych gróźb, a pan Ponury wpadł w coś jakby trans.

Pajączek ruszył biegiem w stronę naszego nowego gospodarza i już po chwili zauważyłem, że wspiął się po jego włochatym ramieniu, po czym przy pierwszej nadarzającej się okazji wskoczył mu do ucha. Bannik wzdrygnął się i zesztywniał.

– Teraz zdejmij nam te kajdany! – rozkazał pewnym głosem mój szef.

Demon posłusznie zsunął się z krzesła i już po minucie mogliśmy rozmasować sobie obolałe nadgarstki i kostki u nóg. Obślizgły spaślak stał obok, patrząc przed siebie niewidzącym spojrzeniem, czekając na kolejne polecenia. Pan Ponury upewnił się zdrową ręką, czy jego torba jest szczelnie zamknięta, i pomógł mi wstać.

– To wyhodowany przeze mnie pająk – zaczął tłumaczyć, gdy napotkał moje pytające spojrzenie. – Jego jad tłamsi wolną wolę ofiary. Ten, kto pierwszy wyda jej polecenie, jest jej panem, dopóki trucizna nie przestanie działać. Podejrzewałem, że któryś z moich informatorów może się wygadać. Doszły mnie też słuchy, że wielkie firmy inwestują górę złota w niedawno zniewolone zjawy, umiejące dotykiem zablokować magię. Zapewne dzięki temu złapali tych rabusiów na dole.

Jestem pod wrażeniem, pomyślałem.

CHOLERA, JA TEŻ!

– Zaprowadź nas do skarbca!

Bannik wyjął klucz zza ręcznika przewieszonego przez biodra i odszedł. Skrzywiliśmy się z moim pracodawcą z niesmakiem, chociaż, z drugiej strony, to całkiem niezły schowek – ja bym tam na pewno nie wsadził łapy! Za drzwiami, które otworzył demon, wybudowano wąski tunel prowadzący ostro w dół. Wyjrzałem ostrożnie, łapiąc się futryny. Za długo już pracowałem dla tej rodziny – gdybym się nie przytrzymał, to na pewno zostałbym tam wepchnięty.

– Widzisz pan coś? – spytał ostrożnie pan Ponury.

Pokręciłem przecząco głową. Nie miałem zamiaru tam zjeżdżać!

– Czy tam jest jakaś pułapka?! Gadaj! – zwrócił się teraz bezpośrednio do urzędnika.

Bannik zaprzeczył, a mój pracodawca, po raz pierwszy w naszej karierze, rozpędził się i wskoczył do tunelu. Z oddali usłyszałem tylko oddalający się szybko krzyk, a potem odgłos upadku i siarczyste przekleństwo.

Nie mając wielkiego wyboru, skoczyłem za nim.

VII

Skarbiec Niewidomców przedstawiał się doprawdy inaczej, niż to sobie wyobrażałem. Spodziewałem się gór złota i cennych artefaktów w drogich gablotach zabezpieczonych potężnymi zaklęciami. Tymczasem, gdy już udało mi się stanąć na nogi, powitała mnie zjawa, pytając, czy mam ochotę na coś do picia.

Znaleźliśmy się w okrągłym pomieszczeniu podpartym potężnymi filarami. Pośrodku postawiono wielką kratę. Potężne runy zdobiły każdy jej pręt od podłogi aż po sam sufit. Poznałem kilka z tych zdobień i przełknąłem ślinę. Gdybym choćby dotknął któregokolwiek, śmierć byłaby najmniejszym z moich problemów. Magiczne pręty dzieliły skarbiec idealnie na pół, a pośrodku zrobiono maleńkie okienko. Pan Ponury ruszył w jego stronę.

Podbiegłem akurat w momencie, w którym mój pracodawca odezwał się do ducha siedzącego po drugiej stronie. Przybita, zgniłozielona twarz, podkrążone oczy i, ogólnie rzecz biorąc, mokry wygląd świadczyły o tym, że kobieta zginęła na skutek utonięcia.

OGÓLNIE CAŁKIEM NIEZŁA, odezwał się demon. LUBIĘ KRÓTKOWŁOSE BLONDYNKI. TEN ZGNIŁY KOLOREK, WORY POD OCZAMI I ODŁAŻĄCE PAZNOKCIE MÓGŁBYM JAKOŚ PRZECIRPIEĆ. MYŚLISZ, ŻE ZAWSZE JEST TAKA MOK…

Błagam cię, zamilcz.

– Chciałem opróżnić skrzynkę należącą do Kostuchy – powiedział dziarsko mój szef, uśmiechając się do udręczonej dziewczyny.

– Proszę podać hasło – odparła cicho.

– Długi pazur.

Zjawa odpłynęła, zostawiając nas samych na niekończące się minuty. Pan Ponury łaził nerwowo dookoła, szarpiąc się bezustannie za wąsy i poprawiając okulary zjeżdżające co chwilę po spoconym nosie. Następnie przez okienko wyleciała prosta drewniana skrzynka, wyglądająca na piekielnie starą, i opadła delikatnie na drżące dłonie mojego pracodawcy.

– Nareszcie, panie Forge – wyszeptał podniecony. – Tyle stuleci cierpień. Tyle męki. Dzisiaj wreszcie wszystko się zakończy.

Postawił pudełko na podłodze i delikatnie uniósł wieko. Dostrzegłem, że w środku coś delikatnie się jarzy. Pan Ponury podniósł na wysokość twarzy kryształową fiolkę, w środku której pływało coś złotego.

– Panie Forge, to właśnie skradła Kostucha pierwszemu z rodziny Ponurych.

W tym momencie rozległ się alarm, kraty zalśniły złowrogim blaskiem, a w drzwi skarbca coś łupnęło.

VIII

No i właśnie tak znaleźliśmy się w sytuacji z początku tego wpisu. Siedzieliśmy, ukryci za filarem, bez jakichkolwiek perspektyw na zachowanie życia. To Niewidomce próbowały wyważyć wrota – czułem to w kościach. W końcu im się udało.

Szef stał obok mnie, mocując się z zabezpieczeniami swojego nesesera. Pan Forge, czyli ja, walił głową w powierzchnię kolumny i z całych sił walczył o to, żeby się nie rozryczeć. Żadna z istot żyjących w którymkolwiek ze światów nie chciała wpaść w łapy strażników granic. Już wolałbym spotkać się oko w oko z Chirurgiem.

– Tylko mi tu pan nie rycz – wystękał mój pracodawca.

Zbliżali się. Słyszałem cichy świst i zawodzenie, jakby kogoś torturowano. Zastanowiłem się jeszcze przez chwilę, czy mnie również zmuszą do wydawania tak żałosnych dźwięków, gdy pan Ponury otworzył swój neseser i bezceremonialnie rzucił go przed siebie.

– Ukryj się pan! – rozkazał, przyciągając mnie ku ziemi. – Zaraz się zacznie!

No ale jak to przeważnie bywa z handlarzem, dla którego pracuję, nic się nie zaczęło. Torba leżała żałośnie na posadzce, a ja postanowiłem, że moim ostatnim osiągnięciem w życiu będzie rzucenie mu pogardliwego spojrzenia.

Nagle coś w środku drgnęło i na zewnątrz wypełzła ostrożnie maleńka, różowa macka. Wybadała teren wokół siebie, upewniając się, że jest bezpiecznie, po czym szybko schowała się z powrotem do środka. Nie odważyłem się wyjrzeć zza filaru, ale czułem, że Niewidomce zaraz nas dopadną.

Wtedy z wnętrza nesesera zaczęły wyłazić magiczne stworzenia. Jako pierwsza wydostała się na wolność olbrzymia ośmiornica. Utknęła na moment, blokując pozostałych, lecz gdy ją już wypchnięto, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wilkołaki, utopce, jakiś gryf, stado gołębi, pająki i… Już nawet przestałem rozróżniać to, co biegło w tym stadzie. Wszyscy jak jeden mąż rzucili się na naszych wrogów. Stałem z rozdziawioną japą, nie mogąc wykrztusić nawet słowa.

Przez kilka chwil słyszeliśmy odgłosy walki: warczenie, szczekanie i odgłos darcia czegoś pazurami. W tym samym momencie, w którym pan Ponury wybiegł zza kolumny, wszystko się skończyło. Stanęliśmy wpół kroku, otoczeni całkowitą ciszą.

Wszystkie stworzenia leżały martwe na posadzce mokrej od krwi i gęstej od wnętrzności, a w naszym kierunku lewitowały dwa Niewidomce. Wysokie, chude postacie, ubrane w ciężkie, czarne szaty. Ich twarze skrywały głębokie kaptury, a dłonie spoczywały schowane w rękawach.

Pan Ponury uniósł obie ręce w geście kapitulacji. Poszedłem za jego przykładem.

IX

Gdy ściągnięto nam cuchnące worki z głów, siedzieliśmy znów w gabinecie Bannika. Tym razem jednak nikt nas nie związał, nikt nam nie groził. Wystarczyło, że po drugiej stronie stali oni.

W tym samym momencie głośno przełknęliśmy z moim pracodawcą ślinę. Niewidomce opuściły kaptury i teraz patrzyły na nas pustymi oczodołami, w których człowiek mógł bez reszty utonąć, jeśli wpatrywał się w nie zbyt długo. Łyse czaszki i przegniły kolor skóry również nie zachęcały.

– Próbowaliście nas okraść – usłyszeliśmy ich głos pomimo tego, że nie posiadali ust. – Widzieliście, co spotyka złodziei.

Pan Ponury nie reagował tak, jakby człowiek mógł się po nim spodziewać, gdy już go pozna. Ja osobiście sądziłem, że popuści ze strachu, zapluje sobie całe ubranie i zacznie wić się na podłodze, gotów zrobić wszystko, byleby tylko ujść z życiem. Tymczasem siedział w miarę spokojnie i tylko lekko dygotał. Pocił się obficie i zaczynał już śmierdzieć, owszem, lecz nikt nie mógł mu odmówić odwagi.

– Jeśli chcielibyście nas torturować, to już dawno byście to zrobili – odezwał się w końcu niezbyt pewnym siebie głosem.

Niewidomce popatrzyli na siebie w milczeniu.

– Zdarzenia następują po sobie w kolejności, która ci służy, handlarzu – przerwał milczenie któryś z nich. Trudno powiedzieć który, bo wyglądały dokładnie tak samo. – Jest coś, co musisz dla nas zrobić i zrobisz to, jeśli chcesz zachować życie.

– Co to takiego? – zapytał bez ogródek mój pracodawca.

– Jest na tym świecie wampir. Szuka lekarstwa na chorobę swojego syna… Chorobę, która nie może zostać wyleczona. Zaburzy to równowagę światów, a do tego nie możemy dopuścić.

– Macie na myśli ojca małego Daniela, prawda? – wypalił natychmiast. – Oczywiście, że wiem, kim on jest, ale nie rozumiem, jak mógłbym wam pomóc.

– Dobijesz z nim targu i oszukasz go.

Jeden z Niewidomców wyjął spod biurka kryształową szkatułę. Wyglądała na bardzo starą i emanowała magią tak silną, że niemal namacalną.

– W środku są oczy Wyroczni, jednego z Pradawnych – wyjaśnił strażnik granic światów.

Oboje wciągnęliśmy jednocześnie powietrze. Właśnie postawiono przed nami jeden z najcenniejszych artefaktów magicznego świata. Gdybyśmy posiadali oczy Wyroczni, moglibyśmy ustawiać przyszłość pod własne dyktando!

– Wampir niebawem odwiedzi twój dom – kontynuował. – Rozpytuje o ciebie już od jakiegoś czasu. Wierzy, że posiadasz remedium na problem jego syna, a ty obiecasz mu szkatułę w zamian za szczęście twojej rodziny.

– Wyrocznia oczywiście pokaże mu to, co chcecie, żeby zobaczył, prawda? – zapytał pan Ponury.

– Wyrocznia, podobnie jak my, zrobi wszystko, żeby zachować równowagę światów – odpowiedział krótko Niewidomiec.

– Chcecie, żebym oszukał nieśmiertelnego – prychnął pan Ponury. – Przecież on zabije nie tylko mnie, ale i całą moją rodzinę! Już wolę być przykuty z moim wiernym skrybą do podłogi w waszej recepcji!

Hej! Mnie nikt nie pytał od zdanie! Dobij targu, ty kretynie!

TEŻ UWAŻAM, ŻE Z ZERWANYM SKALPEM WYGLĄDAŁBYŚ FATALNIE.

– Sądzisz, że my nie zabijemy ciebie i twojej rodziny? – zakpił Niewidomiec. Wciąż nie potrafiłem powiedzieć, który aktualnie zabierał głos. – Zadamy wam wszystkim ból, którego nigdy nawet sobie nie wyobrażaliście. Umrzesz ostatni, Ponury, a zaczniemy od twoich dzieci. Jeśli nas posłuchasz, spędzicie żywot na ukrywaniu się, lecz odzyskacie szczęście.

Kiepska sprawa. “Nigdy nie oszukiwać nieśmiertelnego” – to jedna z pierwszych zasad panujących w magicznym świecie. Ktoś, kto nie może umrzeć, będzie się mścił na tobie i twoich bliskich po wsze czasy. Z drugiej strony wampir jest zdecydowanie mniej groźny niż strażnicy granic. Osobiście spotkałem ich wtedy po raz pierwszy, ale wystarczająco nasłuchałem się od ludzi. Umowa, którą nam zaproponowali, była fatalna, to prawda, ale dawała jakieś szanse na przetrwanie. Prawie zerowe, lecz zawsze to lepsze niż nic. Jeśli zaś odmówimy, to wszyscy zginą na milion procent.

Mój pracodawca trawił to, co mu zakomunikowano, lecz wszyscy wiedzieliśmy, jaką da odpowiedź. Nikogo więc nie zaskoczył, gdy wstał i wyciągnął rękę, by przypieczętować kontrakt.

– Musicie to dobrze rozegrać – odezwał się, ponownie siadając. – Jeśli zbyt łatwo odbierze wam szczęście mojej rodziny, zacznie coś podejrzewać i…

– Fiolka zostanie przeniesiona za tydzień do drugiego skarbca – przerwał Niewidomiec. – Standardowa procedura, gdy ktoś próbuje nam coś ukraść. Wampir przechwyci ją w trakcie transportu.

– A kiedy przyjdzie do mnie?

– Najpóźniej pod koniec tygodnia. Nie próbuj nas oszukać, Ponury. Znajdziemy cię wszędzie.

X

Wampir odwiedził nas kilka dni później. Złożył mojemu pracodawcy dokładnie taką propozycję, jakiej się spodziewaliśmy, a ten wykonywał polecenia bez kręcenia nosem.

Przez cały następny tydzień przygotowywaliśmy plan ewakuacji rodziny, odświeżaliśmy zaklęcia mylące i sprawdzaliśmy zabezpieczenia kolejnych kryjówek. Pan Ponury zamknął interes i zorganizował odpowiedni środek transportu dla Kłobuka. Akurat jego nie mogliśmy stracić w takiej chwili. Gdy ten parszywy kogut dowiedział się o całej sprawie, nie stwarzał najmniejszych problemów.

Mój prywatny demon nie przyjął najlepiej tego, że przez jakiś czas nie zobaczy swojej dziewczyny, ale również zrozumiał. Wszyscy stali się jacyś tacy… podejrzanie pomocni. Jedynie dzieci musiałem uśpić w dzień, w którym doszło do wymiany. Tylko starszy już Aleksander przekonał ojca do tego, by pozwolił mu zostać. Ciekawiło mnie, dlaczego mu na to pozwolił, ale w sumie nie moja sprawa. Ulokowałem resztę w bezpiecznym miejscu i z odpowiedniej odległości obserwowałem nieśmiertelnego najpierw wchodzącego, a później wychodzącego z domu rodziny Ponurych.

Klamka zapadła – oszukaliśmy wampira, a teraz poniesiemy konsekwencje.

 

KONIEC