Tajemnicza choroba pana Forge’a

Tajemnicza choroba pana Forge’a

I

Nazywam się Atticus Forge i należę do klanu najlepszych skrybów magicznego świata. Nie każdy może pracować dla Urzędu do Spraw Błahych, Zawodów Przestarzałych i Nikomu Niepotrzebnych. Jesteśmy elitarną jednostką, której członkowie sprostali w swoim bardzo długim życiu chyba każdemu możliwemu wyzwaniu, jakie tylko Los przed nimi postawił. Przeżyliśmy wszystko i jesteśmy niezniszczalni!

A psiiiikkk!

O czym to ja pisałem? Aaa tak! Nazywam się Atticus Forge i jestem strasznie, ale to strasznie chory. Możliwe, że to moje ostatnie chwile na tym padole łez, dlatego postanowiłem zapisać je tutaj. To lekkie nagięcie zasad, bo w końcu to dziennik przygód mojego pracodawcy (tylko przeze mnie spisywany), ale zanim pan Ponury i jego rodzina wrócą, będę zapewne martwy, więc co mi tam.

II

Obudziłem się wczorajszego ranka i od razu poczułem, że coś jest nie tak. Wszystkie kości paliły mnie żywym ogniem, nos miałem tak zawalony, że oddychanie przez niego stało się niemożliwe, a w gardle wyrosła mi wielka, twarda gula. Do tego wszystkiego moim biednym ciałem wstrząsały dreszcze tak gwałtowne, że zanim nauczyłem się chodzić w ich towarzystwie, dwa razy upadłem, co skończyło się bolesnym zdarciem kolan.

Gdy wreszcie udało mi się wytoczyć z sypialni, zacząłem szukać któregokolwiek z domowników. Potrzebowałem porady, lekarstwa, dobrego słowa… czegokolwiek, co mogłoby ukoić moje cierpienie. Nie zastałem nikogo i dopiero po godzinie łażenia w te i nazad przypomniałem sobie, że dostałem kilka dni wolnego z powodu wyjazdu Ponurych do wujostwa.

Byłem więc sam… sam w tym wielkim, zakurzonym domu, gdzie wszystko skrzypiało i nie wiadomo było, o którą poręcz można się bezpiecznie oprzeć, schodząc po schodach. Do tego te przeciągi. Odkąd tylko wylazłem spod kołdry, wiało mi po krzyżu lodowatymi podmuchami powietrza. Jakbym stał na jakiejś przełęczy, czy coś.

Dobrze, że jestem mężczyzną i nie mam w zwyczaju narzekać na swój los.

III

Kiedy obudziłem się drugiego dnia mojej choroby pierwszą rzeczą, jaką poczułem było to, że na pewno ze mną gorzej. Moje oczy piekły i miałem wrażenie, że zaraz wyskoczą mi z orbit. Nawet gdyby chciało mi się odzywać, to nie mógłbym tego zrobić, a od oddychania przez usta popękały mi całe wargi.

Po trzech próbach udało mi się wreszcie stanąć na nogi. Narzuciłem na siebie gruby, wełniany szlafrok (szczelnie go zawiązałem), włożyłem swoje ulubione kapcie i wyszedłem z pokoju.

Moją misją na ten dzień było zrobienie sobie kubka gorącej herbaty.

Zszedłem do kuchni i postawiłem czajnik z wodą na ogromnym piecu kaflowym. Wrzuciłem do wielkiego kubka dwa woreczki z herbatą kupioną w pobliskim supermarkecie i czekałem, stojąc na trzęsących się nogach. Nagle poczułem, że coś minęło mnie za plecami. Odwróciłem się najszybciej, jak mogłem (czyli pewnie bardzo, bardzo wolno), lecz ani w drzwiach kuchni, ani w samym pomieszczeniu nikogo i niczego nie dostrzegłem. Wrażenie jednak pozostało.

Ja rzadko kiedy mylę się w takich sprawach.

Nie czułem się na siłach, żeby ganiać dzisiaj za czymś nadprzyrodzonym. Zalałem sobie herbatę gorącą wodą, wsypałem siedem łyżeczek cukru, owinąłem się szczelniej szlafrokiem i ruszyłem w stronę schodów w korytarzu. Cokolwiek przeszło przez nasz dom albo było tylko przejazdem, albo po prostu będzie musiało poczekać, aż lepiej się poczuję. Siorbiąc i kaszląc, sunąłem po zakurzonym dywanie – zgarbiony i na granicy śmierci. Gdy wchodziłem po schodach, usłyszałem za moimi plecami cichy szum – jakby ktoś coś przesuwał po podłodze – ale miałem to szczerze gdzieś. Do tego jeden z pająków mieszkających na suficie (albo w którejś z lamp) postanowił popełnić samobójstwo i utopić się w mojej herbacie. Szkoda, że mu nie wyszło. Zatrzymałem się wpół kroku i czekałem, aż łaskawie wyjdzie. Zastanawiałem się nawet, czy nie narzucić swojemu wykończonemu organizmowi wysiłku odwrócenia się w celu identyfikacji wcześniejszego zagadkowego dźwięku, lecz postanowiłem to sobie darować.

Jutro, pomyślałem i moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Cokolwiek to jest, może poczekać do jutra.

Jak się okazało – to, co wsunięto pod drzwi, nie powinno było czekać ani chwili.

IV

Położyłem się w łóżku z laptopem. Młody Aleksander ostatnio zalał moje zeszyty butelką jakiegoś słodkiego, klejącego napoju, więc uznałem, że warto iść z duchem czasu i wrzucać wszystko w chmurę w formie cyfrowej. Ponadto ostatnio rzadko miałem czas na uzupełnienie moich pobocznych opowieści.

To kwestia, którą chyba powinienem wyjaśnić.

Chodzi o to, że czasami dostaję zlecenia od innych istot bądź ludzi. Ich życzeniem jest, by niektóre z wydarzeń, w jakich brali udział, zostały zapisane przeze mnie i zapamiętane na wieczność. Biorę te zlecenia, kiedy mam wolną chwilę i tworzę z nich historie wrzucane później właśnie do folderu pobocznych opowieści.

W tamtym momencie miałem zamiar zabrać się do przelewania na ekran komputera historii o Niewidomcu, który zgubił drogę, ale… zasnąłem. Obudziło mnie coś zimnego i mokrego. Była to herbata, którą miałem w kubku. Usnąłem tak niespodziewanie, że nawet nie zdążyłem jej odłożyć na nocną szafkę. Teraz miałem wszystko na kołdrze.

Przeklinając swój los i ostatnie dni życia, zrzuciłem mokrą pościel na podłogę, doczłapałem się do szafy i wyciągnąłem wszystkie koce, jakie tylko miałem. Zawinąłem się w kokon i natychmiast poczułem, że odpływam. Ostatnim dźwiękiem docierającym do moich zatkanych uszu było głośne pukanie do drzwi wejściowych. Po szybkiej konsultacji z samym sobą stwierdziłem, że mam do głęboko w… no, w każdym razie nie zamierzam się tym interesować.

Zasnąłem mocno, a z moich ust przez cały czas ciekła ślina.

V

Obudziłem się, lecz nie otworzyłem od razu oczu. Coś było w moim pokoju. To samo uczucie, które miałem wcześniej w kuchni, nawiedziło mnie znowu – tym razem nawet silniejsze. Byłem pewny, że cokolwiek stało przede mną (lub obok mnie) nie było z tego świata. Nie potrafiłem stwierdzić, czy temperatura w moim pokoju się obniżyła, bo od dwóch dni miałem dreszcze i gorączkę. A szkoda, bo wiele by mi to powiedziało.

Po kilku minutach czekania stało się dla mnie jasne, że cokolwiek tam siedziało, nie zamierzało sobie pójść i nie pozostało mi nic innego, jak tylko stawić czoła nieznanemu. Otworzyłem piekące mnie oczy.

Nade mną unosiła się zjawa wyjąca. Odziana w łachmany, potargana, mizerna i wiecznie nieszczęśliwa. Łańcuchy zwisające jej z szyi, kostek i nadgarstków zatopione były do połowy w kłębowisku moich koców. Przezroczystą twarz miała pooraną bruzdami i bliznami. Podkrążone oczy świeciły w otaczającym mnie półmroku.

Tylko nie zjawa wyjąca, pomyślałem i poczułem, jak ogarnia mnie rozpacz. Dlaczego akurat dzisiaj i czemu właśnie w tym momencie pan Ponury musiał zrobić sobie… wakacje?

Zerwałem się z łóżka tak szybko, jak pozwalało mi na to moje obolałe ciało. Przeleciałem przez ducha, który leniwie obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i zaczął głośno zawodzić.

Wiedziałem już, kto pukał do drzwi, domyślałem się również, co zostało pod nimi wsunięte. Zjawy wyjące były asystentami poborców podatkowych magicznego świata, a ja miałem przerąbane. Urzędnicy ci nigdy, ale to nigdy, nie pojawiają się bez wcześniejszej zapowiedzi i fatygują się osobiście dopiero wtedy, kiedy ktoś odmawia złożenia corocznego zeznania podatkowego. Jeśli już poborca podatkowy stoi na progu czyichś drzwi, to znaczy, że nakryli go na jakimś przekręcie. Jeśli mimo wszystko odmawia się spotkania z nimi (a ja niestety byłem zbyt leniwy, żeby otworzyć im drzwi), nasyłają na takiego domownika zjawę wyjącą, która doprowadza go do szaleństwa swoim zawodzeniem i w końcu sam potulnie do nich przychodzi i spowiada się ze wszystkiego, co zrobił.

Oznaczało to, że pan Ponury dostał wezwanie do stawienia się przed komisją i olał je. Zignorował też następne, a gdy dostał wiadomość o wizycie poborcy, po prostu spakował całą swoją rodzinę i uciekł, a mnie zostawił w domu na pastwę losu.

Jeszcze do tego wszystkiego byłem chory!

Do diabła, zawsze na mnie trafi, pomyślałem, zatykając sobie uszy.

VI

Czy pan Ponury miał coś do ukrycia? Zdziwiłbym się, gdyby nie miał, jeśli mam być szczery. Towarzyszyłem mu od lat i jestem naprawdę zdziwiony tym, że nikt go jeszcze nie przymknął.

To kłamliwa szuja jest i kanciarz! Możecie mi wierzyć!

Byłem wściekły, bo dopiero teraz z pełną mocą do mnie dotarło, że zostawił mnie tutaj specjalnie. Błyskawicznie (czyli w obecnym stanie pewnie w ślimaczym tempie) zapieczętowałem za pomocą magii wszystkie drzwi i okna w domu. Zatkałem nawet komin i zabezpieczyłem się przed podkopem w piwnicy. Wlokłem się po domu, trzymając kubek z resztkami zimnej herbaty, siorbiąc, wykasłując płuca i przeklinając co chwila. Zjawa wyjąca lewitowała za mną, unosząc się parę centymetrów nad ziemią.

Darła tę swoją – i tak już krzywą – gębę tak, że człowiek myśli nie mógł zebrać, mówię wam.

Za każdym razem, gdy wpadałem na jakiś zarys pomysłu, który pozwoliłby mi się jakoś z tego wygrzebać, głos zjawy wdzierał się do mojej głowy, niszcząc każdą myśl. Gdy tylko przestawała wyć, z dołu słychać było głośne pukanie do drzwi.

Nie miałem najmniejszego zamiaru schodzić i ich otwierać. Gdybym to zrobił, banda urzędników wdarłaby mi się do domu i zaczęła przekopywać wszystkie papiery, jakie tylko udałoby im się znaleźć. Jednym z moich obowiązków była ochrona mojego pracodawcy przed innymi – za wszelką cenę. Tak właśnie robiłem od lat.

Wróciłem do swojej sypialni i zatrzasnąłem mojej nowej koleżance drzwi przed nosem. Dało to tyle co nic, bo po prostu przez nie przepłynęła, ale ta odrobina satysfakcji z podłego zachowania była moja i nikt mi jej nigdy nie odbierze. Usiadłem do mojego laptopa i połączyłem się z Internetem. W skrzynce pocztowej nie miałem żadnej wiadomości. Wysłałem więc do mojego pracodawcy informację o tym, co się wydarzyło, lecz nie spodziewałem się jakiejkolwiek odpowiedzi. Próbowałem też skupić się na pisaniu i na swojej chorobie, ale to ciągłe wycie nad uchem doprowadzało mnie do szaleństwa.

W końcu straciłem cierpliwość, złapałem kawałek kredy i wyrysowałem na podłodze podstawową pułapkę na ducha. Skoro łaził ciągle za mną, to najpierw ja przeszedłem przez pieczęć, a później on w niej utknął. Zdziwienie na jego twarzy, gdy dotarło do niego, że nie może się ruszyć, podziałało na mnie wręcz uzdrawiająco. Pokazałem mu jeszcze środkowy palec, wsadziłem laptopa pod pachę i wyszedłem z sypialni.

Pan Ponury nie lubił, kiedy w jego domu praktykowano magię, ale miałem to w nosie. Im bardziej oddalałem się od swojej sypialni, tym wycie stawało się cichsze, a ja miałem lepszy humor. Wpadłem do pokoju małego Aleksandra, uwaliłem się na materacu i obwiązałem się szczelniej szlafrokiem. Współlokator spod łóżka mruknął z wyraźną niechęcią, ale nie raczyłem odpowiedzieć. Zająłem się pisaniem i nawet nie wiedziałem, kiedy zapadł zmierzch.

Pan Ponury nie odpowiedział… tak, jak podejrzewałem.

VII

Obudziłem się w środku nocy. Gorączka i dreszcze uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Okropnie zaschło mi w gardle, a mój pęcherz był na granicy wytrzymałości. Było mi tak zimno, że przez moment poważnie zastanawiałem się nad tym, czy nie wysikać się na podłogę. Wszystko – byleby tylko uniknąć wyjścia na lodowate zewnątrz. W końcu to nie był mój pokój, nikt by mnie nie podejrzewał, a po powrocie Ponurych mógłbym zwalić całą winę na naszych nieproszonych gości.

„Czemu mieliby zesikać się na podłogę w pokoju mojego syna?”

„Nie wiem, może dlatego, że jesteś pan oszustem i zostawiłeś mnie pan na pastwę wyjących zjaw i poborców podatkowych sterczących pod drzwiami i łaknących mojej krwi? Brzmi jak dobry powód?!”

Tak na serio – to w końcu poszedłem do tej łazienki. Lubiłem Aleksandra i akurat jemu nie chciałem sikać na podłogę. Gdy stałem na zimnych płytkach w łazience, dokonując niezbędnych czynności pozwalających mi wrócić i dokończyć sen, pomyślałem, że mogłem wybrać pokój jego brata.

Wtedy nawet bym się nie wahał. A te bliźniaczki? Najchętniej to wziąłbym i…

No, w każdym razie nieważne. Gdy skończyłem sikać, usłyszałem dziwny odgłos dobiegający z piętra wyżej. Jakby ktoś ciągnął coś po podłodze. W normalnych okolicznościach, gdyby wszyscy byli w domu, takie dźwięki nie byłyby niczym nadzwyczajnym. Znacznie poważniejszą sprawą było to, że dobiegały one z gabinetu pana Ponurego.

A tam był sejf!

Wyszedłem niemrawo z sypialni, próbując zlikwidować plamę śliny, która powstawała systematycznie przez ostatnie kilka godzin i teraz zajmowała niewiarygodnie dużą przestrzeń na mojej koszulce. Nie śpieszyło mi się za bardzo. Sejf pana Ponurego był nie do ruszenia i biada temu, kto będzie próbował się do niego włamać.

Wszedłem po schodach, krzywiąc się przy każdym napięciu któregokolwiek z mięśni.

Mój czas powoli dobiega końca, pomyślałem z rezygnacją. Do kogo mógłbym wysłać oficjalne listy pożegnalne? Komu przekazać mój spadek? Nie wiecie nawet, ile rzeczy ma na głowie konający człowiek!

W połowie kondygnacji schodów musiałem przystanąć i złapać oddech. Z gabinetu na górze docierały – już teraz niczym nieskrępowane – odgłosy uderzania czymś ciężkim o coś jeszcze bardziej masywnego.

Widzę, że urząd stać tylko na wyjątkowo subtelnych włamywaczy, pomyślałem ironicznie, ale nawet nie miałem siły parsknąć śmiechem.

Kichając i kaszląc, pokonałem schody i podkradłem się do drzwi. Były nieznacznie uchylone, ale i tak nie mogłem niczego zobaczyć. Wstrzymałem oddech i popchnąłem je lekko. To, co udało mi się dostrzec, wcale nie poprawiło mi nastroju.

Trolle.

Konkretnie trzy olbrzymie, umięśnione, śmierdzące i niesamowicie owłosione w miejscach, gdzie żaden facet włosów mieć nie powinien. Stały po trzech stronach sejfu (z lewej, z prawej i pośrodku), a każdy z nich trzymał wielką maczugę. Na przemian uderzały nimi z całych sił w ogromną, metalową skrzynię stojącą pod ścianą. Rzuciłem szybkie spojrzenie na zdemolowany gabinet. Wszędzie były papiery; meble i biurko  zostały połamane, a w ścianie, gdzie jeszcze niedawno było zablokowane przeze mnie okno, ziała wielka dziura.


Rys. Martyna Nejman

– To na nic – warknął jeden z trolli. – Naparzamy i nic.

– Magia, mówię wam! – wtrącił drugi i splunął na sejf zieloną flegmą.

Przełknąłem ślinę i zamknąłem na chwilę oczy. Od tego, co przed chwilą zobaczyłem, zawirowało mi w żołądku.

– Nienawidzę tej roboty – narzekał trzeci, oparłszy maczugę na owłosionym barku. – Naparzanie i naparzanie.

Wszyscy przytaknęli mu gorliwie. Nie mogłem dostrzec ich twarzy, bo cała trójka stała do mnie plecami. Widziałem jedynie ich grube skóry poznaczone strupami, plamami brudu i Bóg jeden wie, czym jeszcze. Po ich prawie łysych głowach łaziły robaki (niektóre pospadały na podłogę i odpełzły w cień), a wielkie mięśnie prężyły się groźnie pod skórą.

– A tu jest kto w domu? – zapytał nagle jeden z nich, drapiąc się po łysej czaszce.

– Jakiś pismak, czy cuś – odrzekł ten w środku, łapiąc robaka z głowy swojego kompana i wsadzając go sobie łapczywie do ust.

– Możemy z niego zrobić miazgę – zaproponował trzeci, a pozostała dwójka ryknęła radośnie.

Wytrzeszczyłem oczy i zacząłem wycofywać się ostrożnie. Teraz to już nie wyglądało najlepiej. W domu byli intruzi, moja magia została złamana, a w dodatku sfrustrowane trolle chciały mnie zabić.

Panie Ponury, jak będzie mi dane dorwać pana w moje łapy…

Nagle, gdy stałem jeszcze przy drzwiach, zachciało mi się kasłać. Uczucie swędzenia w gardle zaatakowało w mgnieniu oka. Zatkałem sobie usta dłońmi i z całej siły próbowałem się powstrzymać. Moim ciałem szarpnęły skurcze, lecz po kilku chwilach udało mi się uspokoić. Trolle stały w tym samym miejscu co przed chwilą, a ja zrobiłem kilka ostrożnych kroków w tył, gdy…

Cieszę rozdarło przeciągłe, żałosne zawodzenie. Rozległo się niespodziewanie tuż nad moim uchem, w efekcie czego wrzasnąłem krótko.

Serio? Kolejna? Tyle właśnie zdążyłem pomyśleć, zanim rozpętał się młyn.

Trolle wyrwały drzwi z zawiasów wraz z kawałkiem ściany, ponieważ każdy z nich chciał opuścić gabinet pana Ponurego w tym samym momencie. Również w tej samej chwili rzucili się na mnie – biednego, chorego, skulonego ze strachu skrybę, odzianego tylko w piżamę, obślinioną koszulkę i puchaty szlafrok.

Raczej nie miałem szans wygrać tej potyczki.

VIII

Zniewolono mnie i związano jak barana na rożen. Leżałem  przy poręczy schodów w korytarzu, z wykręconymi do tyłu rękami, które przywiązano mi do kostek. Zjawa wyjąca siedziała wiernie przy moim boku, wyraźnie znudzona swoją pracą i wyła tym samym tonem, co wcześniej, w takim samym rytmie.

– Uciszcie tego ducha, do ciężkiej… – Jeden z trolli upuścił swoją maczugę na schody i zatkał sobie uszy.

– Mi się wydaje, że to jakaś zjawa jest czy coś – przerwał mu drugi, kiwając mądrze głową.

– Może to być też jakiś ekspertyment medyczny – wtrącił trzeci tonem akademickiego profesora.

– Nie obchodzi mnie, co to jest! – krzyknął pierwszy. – Ma się zamknąć i tyle!

Lecz zjawa zawodziła bezustannie, mając w nosie wyzwiska i oskarżenia moich nowych lokatorów. Nie przejmowała się tym, że próbowali ją uciszyć swoimi maczugami. Jej postać na chwilę rozwiewała się w powietrzu po to tylko , by zaraz powrócić do poprzedniej formy i podjąć przerwane zajęcie.

Ja leżałem zasmarkany, drżąc z zimna. Trawiła mnie gorączka, trolle chciały zrobić ze mnie galaretę, a urząd podatkowy pewnie myślał, że zabarykadowałem się w domu, bo jestem oszustem i nie chciałem zapłacić. Z tego wszystkiego zacząłem kasłać, a jeden z trolli nagle odwrócił się w moją stronę i ostrzegawczo uniósł maczugę.

– Co to było, to, co właśnie zrobiłeś?!

Nie wiedziałem, o co mu może chodzić. Ja tylko leżałem.

– Spójrzcie, jak on wygląda – rzekł drugi. – Coś mu cieknie z nosa. Jakieś przezroczyste, jak ten duch, czy co to tam siedzi.

– Ej, ty, pismaku! – rzucił ostrzegawczo ten, który trzymał maczugę w górze. – Duchy ciekną ci z nosa?! Przyznaj się!

Mówię wam, gdy jesteście o krok od śmierci, to naprawdę nie chce wam się reagować na takie bzdury. Miałem w tamtym momencie szczerze gdzieś, czy walnie mi w łeb tą swoją maczugą, czy po prostu połamie mi nogi.

– Nie odpowiada, to chyba znaczy, że tak – rzekł mądrze trzeci. – Myślicie, że to jakaś tajemnicza choroba nie z tego świata?

Wszyscy trzej cofnęli się w pośpiechu o kilka kroków. Zbili się ciasno w kupę i naradzali po cichu, co chwila rzucając mi ukradkowe spojrzenia. Moja zjawa wyjąca obserwowała ich wzrokiem pełnym politowania, robiąc jednocześnie to, po co ją tu przysłano.

Zerknąłem na sejf w gabinecie pana Ponurego. Stał jakby nietknięty, a stalowa powłoka lśniła w półmroku.

Nie wiem, jakim cudem nie uruchomili systemu alarmowego, ale ważne, że wszystkie ważne dokumenty są bezpieczne w środku, a dom jeszcze nie wyleciał w powietrze, pomyślałem, mocno pociągając nosem.

Dźwięk, który z siebie przy tym wydałem, zaalarmował przestraszone trolle. Największy i najbrzydszy podszedł do mnie na odległość wyciągniętej maczugi i powiedział:

– Pismak! Naradzilimy się tutaj i masz natychmiast wysmarkać wszystkie duchy! Spuścić je w kiblu, wrócić tu i dać się znowu związać!

– Właśnie, nikt nie chce być nawiedzony, a wszyscy wiedzą, że jak już duch wyjdzie, to będzie chciał kogoś opętać! Każdy film tak mówi!

Zjawa wyjąca strzeliła sobie dłonią w czoło i popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. Nawet już wyć przestała.

– A jak to bardziej tajemnicza choroba niż wyciek duchów? – zapytał trzeci, oddalając się ode mnie jeszcze bardziej.

Znowu zbili się w gromadę i zaczęli naradę. Nie podobało mi się to, bo wiedziałem, jak trolle załatwiają wszystkie sprawy, które je przerastały.

Tym razem burza mózgów nie trwała długo. Znów największy z nich wyszedł przed szereg i uniósł do góry swoją nabijaną gwoździami maczugę.

– Nie możemy ryzykować! – powiedział do mnie agresywnym tonem, robiąc groźną minę. – Musimy zmiażdżyć ci głowę, zanim duchy wylecą. Sorry…

Stanął nade mną, wielki i śmierdzący, i wziął największy zamach, na jaki go było stać.

Przynajmniej moja agonia się skończy, zdążyłem jeszcze pomyśleć i żeby podkręcić dramat owej sytuacji, zamknąłem teatralnie oczy po raz ostatni.

– Panowie, panowie! – Usłyszałem głos dobiegający z dołu. – Nie ma potrzeby krzywdzić pana Forge’a!

Otworzyłem oczy. Troll cały czas stał nade mną, niezdecydowany i niepewny tego, czy ma opuścić maczugę i odejść, czy jednak dokonać dzieła. Na piętro sprężystym, energicznym krokiem wszedł pan Ponury. Poza tym, że ubrany był tak jak zawsze, miał na głowie przeciwsłoneczne okulary, a na nosie trochę olejku do opalania. Zaimitował promienny uśmiech i uścisnął ręce trollom, a zjawę powitał skinieniem głowy.

– Wszystko już załatwiłem z waszym szefem – rzekł dziarsko, rozkładając szeroko ręce. – Czeka na was na dole. Lepiej się pośpieszcie. Z tego co słyszałem, to macie kolejną robotę.

IX

Trolle zaczęły zbierać swoje rzeczy z gabinetu pana Ponurego, narzekając głośno. Co chwilę padało słowo „naparzanie”. Zjawa wyjąca kiwnęła mi głową i rozwiała się w powietrzu. Po dziesięciu minutach za ostatnim olbrzymem zatrzasnęły się drzwi, a w domu zapadła cisza. Pan Ponury podszedł do mnie i rozwiązał sznury. Usiadłem obolały i zacząłem rozmasowywać sobie nadgarstki.

– Najważniejsze, że już wszystko załatwione – odezwał się do mnie ostrożnie pan Ponury. – Mam nadzieję, że nie masz mnie za jakiegoś oszusta podatkowego.

Jasne, że mam, pomyślałem wściekły, lecz nie wypowiedziałem ani słowa. Czym go przekupiłeś, stary draniu?!

Pan Ponury przyglądał mi się z wyraźnym współczuciem. Zawahał się nawet przez moment, ale ostatecznie nie pomógł mi wstać. Rozglądał się po swoim zrujnowanym gabinecie i ostrożnie obmacał swój sejf. Gdy upewnił się, że żaden z systemów ochronnych nie został uruchomiony, dostrzegł moją żałosną postać stojącą w progu.

– Panie Forge – zaczął, dziarsko zacierając ręce – musi pan tutaj jak najszybciej posprzątać. Moja żona już jedzie.

Utkwiłem w nim spojrzenie swoich zmęczonych, zapuchniętych oczu. Patrzył na mnie z wyraźną nadzieją, próbując uśmiechnąć się przymilnie. A co ja zrobiłem? Wyciągnąłem przed siebie drżącą rękę, pokazałem mu środkowy palec i udałem się do swojej sypialni, żeby skonać tam w spokoju.

Wołał coś jeszcze za mną, ale nawet nie chciało mi się odwrócić. W tamtej chwili bardzo żałowałem, że żadne duchy nie ciekną mi z nosa i nie mają okazji znaleźć kogoś, kogo będą mogły opętać.

Skryba: pan A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira