Upiorzyca, cz.1

Upiorzyca, cz.1

I

Stałem wraz z moim pracodawcą w błocie, a nasze włosy i ubrania rozwiewał przyjemnie chłodny wietrzyk. Było ciepło, lecz mimo to zarzuciliśmy na plecy cienkie płaszcze. Ja – czarny i prosty, pan Ponury – w kratę (musiał przecież pasować do garnituru). Nie wiedzieliśmy, kiedy zmieni się pogoda, ani jak długo będziemy musieli siedzieć w tej zapomnianej przez Boga, przyprawiającej o dreszcze i depresję dziurze.

Jeśli już chcecie wiedzieć, to wcale bym się nie obraził, gdyby mój pracodawca chociaż raz przyjął zlecenie na Hawajach albo Karaibach. Przez zdecydowaną większość mojej służby u Ponurych taplam się w bagnach, nurkuję w brudnych jeziorach (albo szambie), rzygają na mnie magiczne stworzenia albo gonią mnie potwory. Tym razem pojechaliśmy na wieś, gdzie pewnie musiałbym samodzielnie wydoić krowę w stodole, jeśli zachciałoby mi się mleka do kawy. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo pragnę, żeby mój kontrakt z tą trzaśniętą rodziną został zerwany. Oczywiście wtedy na powrót stałbym się śmiertelny i lata, które dotychczas omijały mnie szerokim łukiem, na pewno szybko znalazłyby jakiś sposób, żeby mi dokopać. Czasem po prostu zastanawiam się, czy to byłoby aż tak złe. No, ale wracając…

Pan Ponury sprawdził, czy jego nieodłączna teczka była dobrze zapięta, a następnie poprawił sobie krawat i przygładził wąsy. Był zdenerwowany, a ja do końca nie wiedziałem dlaczego. Nie lubiłem, kiedy trzymano mnie w niewiedzy. To nigdy nie kończyło się dobrze.

– Musimy być w tej mieścinie bardzo ostrożni, panie Forge – powiedział spokojnym tonem. – Może się zdarzyć, że nie będziemy tutaj mile widziani.

No, to ci dopiero nowość, pomyślałem złośliwie. Gdybym dostawał grosik za każdym razem, kiedy musimy zwiewać przed wściekłymi mieszkańcami jakichś wsi…

Nie wypowiedziałem jednak na głos ani słowa, tylko kiwnąłem twierdząco głową na znak, że przyjmuję do wiadomości to, co właśnie usłyszałem.

II

Ruszyliśmy przed siebie w stronę bramy. Brama to w sumie trochę za dużo powiedziane (może kiedyś wisiały tutaj wielkie wrota, lecz pozostało po nich tylko wspomnienie). Teraz były tu dwa kamienne i porośnięte mchem słupy z wbitymi w nie żelaznymi zawiasami, do których niczego nie przymocowano. Wokół rozpościerała się niekoszona trawa oraz pięły się w górę chwasty i pokrzywy. Dalej rozciągał się widok na kilka starannie utrzymanych domów – coś w rodzaju placu centralnego – oraz parę pustych straganów. Przeszedł tamtędy jakiś samotny kurczak i to wszystko. Miasto wydawało się wymarłe… Chociaż może to wina wczesnej pory – w końcu niewiele osób wstaje dokładnie o wschodzie słońca.

Doszliśmy na sam środek placu, niezatrzymywani przez nikogo. Nie było tutaj policji, straży miejskiej czy nawet miejscowego emeryta dorabiającego sobie jako ochroniarz. Pan Ponury szedł pewnie przed siebie po dobrze utrzymanym chodniku, a ja kroczyłem za nim. Mijaliśmy rzędy wysokich kamienic, które oddały swoje partery pod przeróżne lokale użytkowe. Pogrążone we śnie domy jednorodzinne ze starannie utrzymanymi trawnikami i samochodami zaparkowanymi na podjeździe sprawiały bardzo przyjazne wrażenie. Zauważyłem jakieś małe kino, kilka barów i coś, co chyba chciało zostać restauracją. Zwyczajna wieś.

Nadal nie zapytałem mojego pracodawcy, o co w tym wszystkim chodziło, lecz byłem w podłym humorze i miałem nadzieję, że wszystko się wyjaśni, zanim zostanę zmuszony do nawiązania z nim werbalnego kontaktu. Pociągnąłem kilkukrotnie nosem, splunąłem na ziemię i posłusznie szedłem tam, gdzie mnie prowadzono. Dźwięk naszych kroków odbijał się echem od ścian budynków, wypełniając nam uszy w otaczającej ciszy.

Nagle pan Ponury, ni stąd ni zowąd, gwałtownie skręcił i stanął przed drzwiami jednej z szarych kamienic, niczym nie wyróżniającej się na tle innych. Obok wisiał mocno zużyty domofon z rzędem połyskujących przycisków. Mój pracodawca przyjrzał im się w skupieniu, po czym nacisnął jeden z nich.

Na pewno ten, kto tam mieszka, będzie zachwycony wizytą o tak wczesnej porze, pomyślałem, ziewając szeroko.

Usłyszałem trzask w urządzeniu. Nikt się do nas nie odezwał, ale zamek puścił i drzwi stanęły przed nami otworem. W środku było ciemno jak w… no, w każdym razie niczego nie dało się zobaczyć – poza kawałkiem schodów. To było dziwne. Mroku klatki schodowej nie rozjaśniało nawet światło wpadające przez otwarte drzwi wejściowe.

Hawaje chociaż raz, pomyślałem zrezygnowany, bo wiedziałem, że zanurzenie się w tej ciemności na pewno nie skończy się dla mnie dobrze.

III

– Panie Forge, muszę panu coś powiedzieć zanim tam wejdziemy – oznajmił pan Ponury, szarpiąc się za wąsy. – W tej mieścinie kilka dni temu powstała szczelina między wymiarami. Zanim Niewidomce przybyły na miejsce i zajęły się tym problemem, coś z niej wypadło. Ja nie wierzę, żeby takie rzeczy działy się przez przypadek, dlatego sądzę, że ktoś władający potężną magią rozdarł zasłonę oddzielającą światy i przepchnął przez nią coś, co mieliśmy zobaczyć. Muszę mieć tę rzecz, panie Forge! Chyba sam się pan domyśla, jak cenne musi być… to coś.

Szczelina między światami, pomyślałem zaintrygowany. Coś takiego dzieje się naprawdę bardzo rzadko i nigdy nie bez przyczyny –  tu akurat ten stary kanciarz miał rację. Nie dziwiło mnie też to, że pożądał tego, co wypadło przez lukę. Chciwa szuja, ten mój pracodawca, ale trzeba przyznać, że zawsze dobrze oceniał wartość tego, co nabywał… albo tego, co razem kradliśmy, lecz to temat na zupełnie inną opowieść.

– Pojawił się też problem – kontynuował pan Ponury. – Nie byłem niestety jedyną osobą, która zorientowała się w sytuacji. Tak się składa, że burmistrzem tego miasteczka jest Bannik, a jego żoną Upiorzyca i nie są… jakby to powiedzieć… przekonani co do sprzedaży tego, co mnie interesuje.

Ja wiedziałem, że tak będzie! Czułem, że coś tutaj  śmierdziało. Nie przypuszczałem jednak, że capiło aż tak.  Banniki to z natury trudne stworzenia: stare słowiańskie demony, które niegdyś siedziały w łaźniach, dopóki ktoś mądry nie rozpuścił ploty, że to od długich gorących kąpieli biorą się epidemie. Zamknięto wtedy wszystkie tego typu instytucje, ale banniki zabrały się za świat biznesu oraz polityki. Spodobało im się to na tyle, że odmówiły porzucenia nowego zawodu.

Wiecznie obrażone, podłe i chciwe, tłuste kreatury, pomyślałem z pogardą.

Co do Upiorzycy? Nie sądziłem, że mogą się zainteresować i związać z kimś tak obrzydliwym, ale – jak widać – w magicznym świecie ciągle dzieją się rzeczy, które potrafią mnie zaskoczyć.

W każdym razie…

IV

Staliśmy w progu posiadłości, a mój pracodawca czekał chyba na jakiś komentarz z mojej strony. Tak prawdę powiedziawszy, to nie chciało mi się gadać. Kiwnąłem tylko głową na znak, że zrozumiałem i wyciągnąłem przed siebie dłoń, sugerując, że powinien pójść jako pierwszy. Tak – powiedzmy, że to z kultury. Pan Ponury zerknął niepewnie w czający się nieopodal mrok, przestąpił niepewnie z nogi na nogę, a ja przeczuwałem już, co się zaraz stanie.

– Idź pan pierwszy, panie Forge – powiedział, potwierdzając tym samym moje przypuszczenia. – Nie wiemy, co tam jest, a jak pana złapie, to ja zawsze będę mógł pomóc… albo pobiec  po pomoc do kogoś innego.

Jakbym cię nie znał, to może i bym to kupił, pomyślałem z niechęcią. Jak mnie coś dorwie, to pewnie wylecisz, krzycząc i piszcząc jak mała dziewczynka, ty tchórzliwy draniu.

Nie miałem jednak zbyt dużego wyboru. Dostałem polecenie służbowe i musiałem je wykonać. Utkwiłem niepewne spojrzenie w tym, co miałem przed sobą, próbując chociaż trochę przebić gęstą ciemność, ale na nic się to zdało. Podniosłem nieśpiesznie jedną nogę i nagle poczułem na plecach dłoń mojego pracodawcy. Bezceremonialnie wepchnął mnie do środka, a ja poleciałem na łeb na szyję, koncentrując się tylko na tym, żeby nie upaść na twarz. Gdy wreszcie wyprostowany stanąłem pewnie na nogach, zacząłem nasłuchiwać.

W środku było czarno. Pomimo tego, że doskonale znałem umiejscowienie drzwi, przez które tutaj wpadłem, nie potrafiłem ich dostrzec… podobnie jak słońca świecącego na zewnątrz.

– Żyjesz pan? – Usłyszałem tylko niepewny ton pana Ponurego.

– Pan burmistrz zaprasza na wizytę. – Zabrzmiał głos za moimi plecami.

Odwróciłem się błyskawicznie i mimowolnie mną wstrząsnęło, gdy zobaczyłem ciemną sylwetkę stojącą kilka centymetrów ode mnie. Dostrzegałem tylko kontur twarzy i szpiczasty nos. Mężczyzna był wysoki – wyższy niż ja. Nie czułem jednak, żeby chciał mi zrobić krzywdę.

– Panie Forge? – Ton głosu mojego pracodawcy stał się wyższy i niespokojny.

– Ponury będzie musiał wejść tutaj, jeśli chce się zobaczyć z moim szefem – oznajmił spokojnie nieznajomy stojący obok mnie. – Nawet jeśli pan mu odpowie, to i tak nic nie usłyszy. Wszystko pochłonie mrok. Zapraszam za mną, Forge.

Nie wiedziałem, skąd znał moje nazwisko. Przeważnie starałem trzymać się na uboczu i nie rzucać w oczy. Z drugiej strony postępowanie mojego pracodawcy było zgoła odmienne. Nie raz zostawiał za sobą rozjuszonych ludzi bądź pieklące się bestie. A wieści podróżowały po magicznym świecie z prędkością światła.

Nie wiedząc, co innego mógłbym zrobić, ruszyłem za tajemniczym nieznajomym. Otworzył drzwi, których wcześniej w ogóle nie zauważyłem, a które znajdowały się ze dwa metry dalej. Musiałem zmrużyć oczy, kiedy zalało mnie światło dnia. Przesłoniłem twarz otwartą dłonią, czekając, aż wzrok przywyknie do tej nagłej zmiany.

– Gdzie jest ten przeklęty oszust?! – Dobiegł śliski głos z prawej strony. – Pewnie boi się wejść do środka, co, Forge?

Moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do światła i w końcu ujrzałem oślizgłego gospodarza. Ten tłusty, podobny do chochlika, niezwykle owłosiony jegomość siedział sobie w fotelu za wielkim dębowym biurkiem i uśmiechał się, jak gdyby nigdy nic. Przewiązany w pasie tylko białym ręcznikiem nie mógł się czuć bardziej komfortowo. Maleńkie oczka patrzyły na mnie z niechęcią spod strzechy potarganej blond czupryny, a kartoflany, spłaszczony nos węszył za czymś w powietrzu. Nagle Bannik rozkaszlał się, przytknął owłosioną dłoń o długich palcach i nieobciętych żółtych paznokciach do ust, a męskie piersi zatańczyły na wydatnym brzuchu. Za jego plecami stała wysoka, długonoga brunetka z wielkimi orzechowymi oczami wpatrzonymi w niego z uwielbieniem. Ta kobieta z powodzeniem mogłaby się stać jedną z najbardziej rozpoznawalnych modelek na świecie. Wydatne kości policzkowe, maleńki, lekko zadarty nos, zgrabna dłoń trzymana na ramieniu swojego męża. Upiorzyca prezentowała się wprost oszałamiająco w tej czarnej, długiej sukni bez pleców.

Co, do diabła, ona robi z tym tłustym śmierdzielem?, pomyślałem, wytrzeszczając na nią oczy. To niemożliwe, żeby leciała na charakter. Kurde, to niemożliwe, żeby on miał jakikolwiek charakter. I te włosy na plecach i ramionach… błeee.

– Forge, patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! – powiedział ze złością burmistrz, pstrykając palcami w powietrzu w celu zwrócenia mojej uwagi. – Wiem, że jest piękna, ale jest moja! Patrz na mnie, Forge, bo mam dla ciebie propozycję!

Przekrzywiłem nieco głowę i wreszcie spojrzałem w te świńskie oczka. Nikt nigdy nie składał mi żadnych propozycji – abonament na mnie został wykupiony na wyłączność. Byłem zaintrygowany. Bannik od razu to wyczuł, bo jego rozlazłe już i tak usta rozciągnęły się w uśmiechu.

– No! Cieszę się, że wreszcie przykułem twoją uwagę – Mężczyzna rozciągnął się na powrót w swoim skórzanym fotelu. – Chciałbym, żebyś pracował dla mnie. Tak, tak, wiem o tym piekielnym kontrakcie, tym abonamencie, czy jak inaczej nazywacie to swoje ustrojstwo w urzędach. Nie obchodzi mnie ta umowa, bo mój wspólnik – wskazał tutaj mężczyznę, który przeprowadził mnie przez klatkę schodową – znalazł sposób na to, żeby ją złamać.

Podniosłem brwi zdziwiony. Ja sam w ciągu tych kilku stuleci przeglądałem tę umowę setki razy i nie znalazłem w niej żadnej luki. Kontrakt pomagał pisać pierwszy z Ponurych, a oni zawsze się zabezpieczali. Coś mi tutaj nie pasowało.

– Nie mów, że po tych wszystkich latach nie masz ich dosyć, Forge – kontynuował Bannik, patrząc na mnie łakomie. – Ile razy używali cię jako przynęty? Ile razy omal przez nich nie zginąłeś? Czy którykolwiek z nich ci kiedyś podziękował za twoją służbę?

Nie odpowiedziałem i tym razem. Nawet gdybym chciał, to nie miałem żadnego kontrargumentu. Burmistrz wiedział o tym, bo uśmiechnął się tylko szerzej. Machnął łapą na swojego wspólnika, a ten opuścił gabinet. Domyśliłem się, że poszedł po mojego pracodawcę i nawet się z tego cieszyłem, bo rozmowa stawała się coraz bardziej niezręczna.

– Po prostu pomyśl nad tym, Forge – zaproponował. – Wystarczy, że wystawisz nam Ponurego. Nic więcej. U nas na pewno będzie ci lepiej.

Upiorzyca również się do mnie uśmiechnęła, a ja poczułem, że nogi lekko się pode mną ugięły. Była olśniewająca. Dobrze, że w tej chwili w gabinecie pojawił się mój pracodawca, bo byłem o krok od powiedzenia czegoś głupiego.

Pan Ponury dołączył do mnie z niepewną miną i przyjrzał się podejrzliwie najpierw mi, a potem Bannikowi. Na końcu zatrzymał wzrok na obecnej kobiecie, a na jego twarzy pojawiły się szkarłatne rumieńce. Odchrząknął zakłopotany i przerzucił neseser z jednej ręki do drugiej. Podszedł do burmistrza z wyciągniętą dłonią i budzącym zaufanie uśmiechem komiwojażera, lecz Bannik nie wykonał żadnego ruchu świadczącego o tym, że zamierza odwzajemnić uścisk. Wpatrywał się tylko z niechęcią w mojego pracodawcę, a chwilę później odesłał swoją żonę i wspólnika na wyższe piętro kamienicy. Zostaliśmy tylko we trójkę. Czułem, że dopiero teraz atmosfera stanie się napięta.

Burmistrz złączył palce na swoim wydatnym brzuchu, czekając cierpliwie. Pan Ponury postawił swoją walizkę na podłodze i wskazał na stojące przed nim krzesło, unosząc pytająco brwi. Bannik machnął od niechcenia ręką.

– Przyjechałem tutaj w interesach – oznajmił bez ogródek mój pracodawca, opadając na krzesło. – Chciałem kupić to, co wypadło ze szczeliny oddzielającej nasze światy.

Burmistrz żadnym gestem nie zdradził, że wiedział, o co chodziło. Patrzył tylko nieruchomo swoimi świńskimi oczkami i czekał. Pan Ponury poruszył się niespokojnie, lecz grymas mający imitować uśmiech nie znikał z jego twarzy. Ja nie odezwałem się słowem.

– Ekhm… chciałem wiedzieć, jeśli można, co takiego dostało się do naszego świata? Co to jest?

– Nieważne – odparł obojętnym tonem Bannik. – Nie musisz się tym przejmować.

Coś czułem, że to się tak skończy, pomyślałem zrezygnowany. Znowu będziemy kradli.

– Jestem pewien, że możemy się jakoś dogadać. – Mój pracodawca kontynuował niezniechęcony. – Temu miastu na pewno przydałby się porządny kłobuk. Mam jednego. Wystarczy, że powiesz mi, czego chcesz…

– Nie potrzebuję od ciebie niczego, Ponury – przerwał mu bezczelnie burmistrz. – Mam swojego własnego kłobuka, mam swoje miasto, piękną żonę, na widok której szczęki wam obu opadły. Zaczynałem od zapchlonej łaźni, a teraz jestem panem. Mam więcej kontaktów od ciebie, Ponury, więc potrafię sobie wszystko sam załatwić. Poza tym… nie lubię cię. Jesteś oszustem i prędzej utopię się w beczce, niż ubiję z tobą interes.

Zsunął się z krzesła, a jego głowa zrównała się z blatem biurka. Chwilę później pojawił się przed nami w całej swojej tłustej, rozlazłej okazałości. Nawet stopy miał owłosione. Przeszedł przez cały swój gabinet (który wyglądał jak najzwyczajniejszy i najbardziej bezosobowy pokój na świecie), po czym otworzył przed nami drzwi prowadzące na klatkę schodową.

– Panowie, mam mnóstwo spraw na głowie, więc muszę was pożegnać. – Wskazał nam gestem wyjście. – Możecie zostać w moim mieście najwyżej do jutra, a najlepiej byłoby, gdybyście wyjechali niezwłocznie. Nie ukrywam, że wasza obecność nie jest mi na rękę. Żegnam!

V

Nie mieliśmy innego wyboru, jak tylko wstać (nie żeby ktokolwiek zaproponował mi krzesło) i wyjść. Pan Ponury minął Bannika z zaciętą miną, nawet się nie żegnając. Twarz miał pobladłą z wściekłości, a ja przeczuwałem, że dopiero zaraz się nasłucham. Już bez chwili wahania mój pracodawca wkroczył w mrok i minutę później zalało nas światło dnia.

Szedłem posłusznie za nim, przechodząc obok kolejnych bloków, sklepów i kawiarni. Myślałem o tym znaczącym spojrzeniu, które posłał mi burmistrz, gdy mijałem go w drzwiach.

Ciekawe, jaką lukę znalazł w moim kontrakcie?, zastanawiałem się, krzyżując ręce za plecami i drepcząc po śladach pana Ponurego. Może warto by tak trochę zmienić zawód. Wiązałoby się to z wyrzuceniem z urzędu, oczywiście, ale wszyscy zawsze mówili, że państwowe posady są gó… no, niewiele warte. Płaca marna, nadgodziny olbrzymie, a w zamian niewdzięczność pierwszej klasy.

Intrygowało mnie nie tyle to, jaki kruczek znalazł Bannik w mojej umowie, ale w jaki sposób udało mu się go w ogóle zdobyć. Istniały jedynie dwie kopie – jedna w Urzędzie Do Spraw Błahych, Zawodów Przestarzałych i Nikomu Niepotrzebnych, a druga w moim osobistym sejfie znajdującym się w domu państwa Ponurych. Mój pracodawca tak często ulepszał swój system zabezpieczeń, że tak naprawdę nie wiedziałem, które z tych dwóch miejsc było lepiej chronione. Jak ten śliski pacan dobrał się do mojego kontraktu?

– Postanowiłem, panie Forge. – Głos pana Ponurego wyrwał mnie z zamyślenia. – Nie dał nam wyboru! Musimy go okraść.

Jestem w szoku, pomyślałem złośliwie, lecz kiwnąłem tylko głową na znak, że przyjąłem to do wiadomości.

VI

Jak to każde poważne, szanujące się włamanie, również to odbyło się po zapadnięciu zmroku. Wcześniej czatowaliśmy w uliczce między pobliskimi budynkami jak włóczędzy, obserwując kamienicę burmistrza. Co chwilę ktoś tam wchodził i stamtąd wychodził – miejscowi urzędnicy, mieszkańcy miasta, kurierzy. Ciekawiło mnie, czy działają na nich zabezpieczenia, przez które musieliśmy się przedrzeć z moim pracodawcą, czy nawet nie zdają sobie z nich sprawy i przechodzą przez ciemną klatkę, nie dostrzegając w tym niczego dziwnego.

Coś mnie niepokoiło w tej małej mieścinie. Było tu za spokojnie, ludzie chodzili jacyś tacy zadowoleni. Nawet noworodki jadące w wózkach nie płakały. Nigdzie nie dostrzegłem też żadnego knującego dzieciaka. Na wrocławskiej ulicy, przy której mieścił się dom państwa Ponurych, cały czas coś się działo: sąsiedzi kłócili się ze sobą, wozy strażackie wyjeżdżały z hukiem z remizy, a policyjne radiowozy kursowały na sygnale w te i nazad. Na dodatek nieopodal, w odnowionej rezydencji, ktoś otworzył prywatne przedszkole, więc co chwilę widywaliśmy rozwrzeszczane i płaczące z niezadowolenia bachory.

– Nie jest pan ciekawy, co takiego przedostało się do naszego świata? – Wyrwał mnie z zamyślenia głos mojego pracodawcy.

Przytaknąłem na znak, że byłem ciekaw. Jakże mógłbym nie być? Takie rozdarcie zasłony nastąpiło wcześniej może raz… a i tego nikt nie miał co do tego pewności. Później pojawiły się na ten temat całkiem sensowne teorie, zgodnie z którymi ktoś upozorował wszystko dla osobistego zysku. Kto to był i po co dokładnie to zrobił? Nie sądzę, byśmy mieli kiedykolwiek się tego dowiedzieć.

– O ile wiem, nikt w naszym świecie nie posiada niczego, co pochodziłoby z któregokolwiek ze światów za zasłoną – kontynuował niezwykle podniecony pan Ponury. – Ostatni posiadający dar trzeciego oka umarli, nie pozostawiając po sobie żadnych zapisków czy pamiątek. Dopiero niedawno w Kostuszy narodził się chłopiec z darem, ale jest jeszcze niemowlęciem, więc wątpię, by mógł się na coś przydać.

Uniosłem brwi zaskoczony. O tym nie wiedziałem, ale w sumie nie było w tym nic dziwnego, bo nie śledziłem jakoś specjalnie urodzeń dzieci z talentami. Spisywałem historie, a rysowanie magicznych drzew genealogicznych nie należało po prostu do moich obowiązków. Ta informacja zwróciła moją uwagę, bo mogłem się założyć o wszystko, że mój pracodawca będzie chciał mieć użytek z takiej znajomości.

Jak będę musiał ganiać po obcych światach za tym wąsatym pajacem w kraciastym garniaku, to składam rezygnację, pierdzielę!, pomyślałem i zasępiłem się jeszcze bardziej.

W głowie cały czas siedziała mi propozycja Bannika. Czy naprawdę mógł uwolnić mnie od kontraktu w taki sposób, żebym nie padł trupem na miejscu? Pytanie też, czy chciałem zmienić etat u jednego walniętego na pracę u… no właśnie, nawet nie znałem tego osobnika. Mogłem trafić z deszczu pod rynnę.

– Panie Forge, idziemy! – rozkazał pan Ponury. – Właśnie wychodzą.

Burmistrz, cały czas tylko w ręczniku, człapał chodnikiem, a obok niego dostojnym krokiem kroczyła jego żona. Trzymali się za ręce, co wyglądało niezwykle komicznie, ponieważ czubek głowy Bannika sięgał kobiecie najwyżej do połowy uda; wyglądało to, jakby prowadziła za rękę wyjątkowo obrzydliwe dziecko. Zaraz za nimi ukryty w cieniu podążał wspólnik burmistrza i chyba jednocześnie jego osobisty ochroniarz.

Ja i mój pracodawca przekradaliśmy się ostrożnie wąskimi uliczkami w kierunku kamienicy Bannika. Obeszliśmy ją od tyłu i  dostrzegłem zadowoloną minę pana Ponurego, gdy dostrzegł bluszcz porastający dużą część ściany.

Tylko nie wspinanie się na okno, błagałem w myślach, zaciskając szczęki.

– Fortuna nam sprzyja, panie Forge – powiedział z chytrze. – Wejdę tam przez okno, a pan będziesz pilnował, czy nikt nie idzie i odganiał ogary krążące po ogródku.

Jakie…?, zacząłem, ale w tym momencie je dostrzegłem.

Wielkie widmowe psy przechadzające się powoli po podwórku. Groźne bydlaki, od których ciał odpadało gnijące mięso, a z potężnych szczęk wyposażonych w rzędy ostrych, długich zębów kapała piana zmieszana ze śliną. Zwierzęta były niematerialne, dopóki ktoś nie pojawił się na ich terenie. Wtedy –  całkowicie cielesne –  rzucały się na swoją ofiarę z taką pasją, że mało kto mógł przed nimi uciec.


Rys. Martyna Nejman

Dlaczego to nie są zwyczajne niemagiczne jamniki?, pomyślałem, zwieszając głowę. Co jest złego w jamniku? Albo york. Pies na baterie do pilnowania skarbów to przecież całkiem sensowny pomysł.

Przeskoczyliśmy z panem Ponurym przez ogrodzenie i wspięliśmy się na mur odgradzający kamienicę Bannika od innych budynków. Zerwał się lekki, przyjemny wiatr, słońce prawie zaszło, a cienie wydłużyły się w sposób zapewniający nam dość dobry kamuflaż. Tylko ogary, świecące teraz lekkim niebieskim światłem, nadstawiły szpiczastych uszu, a ciszę mąciło ich głębokie warczenie.

Mój pracodawca ruszył w lewo, w stronę okien, a mi nakazał udać się w przeciwną. Na jego znak miałem wejść na teren psów i walczyć o życie tak długo, jak byłem w stanie. Zapewnił mnie, że dostanie się do środka zajmie mu tylko kilka sekund, ale na ile zdążyłem poznać formę tego starego pryka, na tyle wiedziałem, że równie dobrze mogłem się tam z nimi ganiać przez dobry kwadrans.

Najważniejsze to nie dać się zagryźć, powiedziałem do siebie i zeskoczyłem z muru.

Reakcja była natychmiastowa. Ogary zerwały się na równe nogi, zaczynając wściekle ujadać. Po kilku sekundach dwukrotnie skróciły dzielący nas dystans. Stałem jak sparaliżowany, obserwując pozostające w powietrzu kropelki ich śliny. Biegły szybko – znacznie szybciej niż ja kiedykolwiek bym mógł. Kątem oka dostrzegłem też mojego pracodawcę, który skoczył dzielnie do góry, chcąc złapać się bluszczu. Oczywiście chybił i zaczął się zsuwać, krzycząc i obijając się boleśnie o ceglaną ścianę. Zatrzymał się jakieś dwa metry nad ziemią. Nogi miał podkurczone, dyszał ciężko, a okulary zwisały mu tylko na jednym uchu. Gdy tak machał komicznie swoimi długimi stopami, próbując znaleźć punkt zaczepienia, uderzyła mnie myśl.

Dlaczego to za każdym razem ja mam ryzykować życiem?

Machnąłem krótko ręką, a pęd bluszczu, którego trzymał się pan Ponury pękł i oderwał się od ściany. Handlarz gruchnął grzbietem o ziemię, wzbijając w powietrze tumany pyłu i liści. Bestie wyhamowały półtora metra ode mnie (byłem w połowie drogi na mur, więc gdyby tego nie zrobiły, na pewno rozszarpałyby mi tyłek) i popędziły w stronę swojej nowej ofiary. Mój pracodawca znajdował się bliżej kamienicy, stanowił więc większe bezpośrednie zagrożenie.
Obserwowałem ze ściśniętym sercem, jak dwie kreatury otaczają pana Ponurego, lecz – póki co – nie rzucają mu się do gardła. Leżał na plecach, przerażony i blady jak ściana. Bał się nawet drgnąć, żeby nie sprowokować ataku bestii. Po minucie zjawił się burmistrz ze swoim partnerem i, śmiejąc się w głos, pociągnęli mojego pracodawcę w ciemność.

Czy właśnie po raz ostatni go widziałem? Czy czułem z tego powodu wyrzuty sumienia?

Skryba: pan A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira