Upiorzyca, cz.2

I

Co za mała, płaczliwa łajza, pomyślałem z pogardą, obserwując przez okno mojego pracodawcę. Nic, tylko powierzać mu najbardziej strzeżone tajemnice magicznego świata.

Pan Ponury siedział na prostym drewnianym krześle. Wykręcone do tyłu ręce, wraz z kostkami, miał przywiązane do jego nóg. Był zasmarkany i mokry od płaczu – jak mała dziewczynka, której ukradziono pierwszy rower. Jeszcze nic mu nie zdążyli zrobić! No dobra, poszarpali go trochę, rozdarli w kilku miejscach jego ukochaną marynarkę, ale nawet w gębę nie dostał. Wspólnik Bannika stał przed nim (plecami do mnie) i podwijał dopiero rękawy swojej koszuli.

Tak, wróciłem po niego. Wyrzuty sumienia nie miały z tym nic wspólnego. Po prostu obowiązujący kontrakt nie pozwala mi zostawić go na pastwę losu, ponieważ jeśli on umrze, to w błyskawicznym tempie umrę i ja. Stałem więc na winorośli porastającej ścianę, trzymając się kurczowo parapetu i zadzierając głowę tak wysoko, jak tylko mogłem, żeby cokolwiek zobaczyć. Przyznaję, nie było to najlepsze miejsce, jakie mogłem sobie wybrać. Dobra, było fatalne. Jeśli ktokolwiek teraz wyjrzałby przez okno, pierwszą rzeczą, którą by zobaczył, byłby chuderlak zwisający z okna budynku burmistrza. Moje stopy co chwilę zsuwały się ze śliskich gałęzi i – słowo daję –  od czasu do czasu słyszałem, jak któraś z nich pęka.

Jeszcze te ogary. Nie dawały człowiekowi żyć. Udało mi się trochę stępić ich zmysły, ale i tak wyczuwały, że coś jest nie tak. Kręciły się pode mną i pociągały chrapliwie nosami, wydając z siebie niespokojne parsknięcia. Zaklęcie, którego użyłem, też nie należało do najlepszych, a jego działanie nie mogło trwać długo.  Musiałem się więc śpieszyć.

II

Łapałem się kolejnych konarów, wspinając się do góry. Gracji i dumy było w tym dokładnie tyle, ile przejawiał w tym momencie mój pracodawca, lecz zejście na dół nie wchodziło w rachubę. Bestie już szczeknęły kilkukrotnie, a to znaczyło, że mój czar lada moment przestanie działać. Nie zamierzałem ryzykować przejścia w pobliżu tych krwiożerczych bydlaków. Wszedłem więc na dach i przykucnąłem, trzymając się komina. Wiatr rozwiewał mi płaszcz, szarpał włosy i wyciskał łzy z oczu.

Spokojnie, powiedziałem do siebie, nie ma tragedii. Pomyśl tylko, co tam widziałeś, a reszta wskoczy na swoje miejsce.

Tylko że nie miałem czasu, żeby zobaczyć cokolwiek wartościowego. Usłyszałem w dole odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Podpełzłem do krawędzi dachu i wychyliłem się na tyle, żeby dostrzec Bannika przechodzącego przez ulicę tym swoim kaczkowatym chodem. W sumie nic nie stało na przeszkodzie, żeby pójść za nim. Przez głowę przeleciała mi myśl o tym, żeby wtargnąć do środka, załatwić wspólnika burmistrza i ratować się brawurową ucieczką, ale… bądźmy szczerzy.

Zsunąłem się po rynnie… no dobra, spadłem w połowie długości, lądując w jakichś kolczastych krzakach. Znieruchomiałem i w napięciu czekałem, aż Bannik odwróci się i znajdzie mnie wzrokiem. Tłuste, rozlazłe stworzenie jednak dreptało gdzieś, nie oglądając się za siebie. Najwyraźniej bardzo mu się śpieszyło – wywnioskowałem to po ilości trzęsących się fałd.

Ogólnie – muszę to powiedzieć – nie mam nic do otyłych ludzi. Po prostu nie lubię Banników.

Zastanowiło mnie to. Uciekać tak, ni stąd ni zowąd, zanim jeszcze przesłuchanie tak na dobrą sprawę ruszyło? Zacząłem się skradać, chowając się za stoiskami z gazetami, słupami telegraficznymi oraz wszystkim, co tylko na kryjówkę się nadawało. Burmistrz ani razu się nie obejrzał. Przystawał tylko w momentach, gdy ręcznik zsuwał mu się do połowy pośladków. Patrzyłem wtedy z nieskrywanym obrzydzeniem, jak go poprawiał i pędził dalej.

Otworzył z rozmachem furtkę. Zdziwiłem się trochę, widząc biały płotek, elegancko przystrzyżony trawnik oraz świeżo pomalowany pomarańczową farbą dom. Wyglądało to tak, jakby mieszkała tam zwyczajna, niewyróżniająca się niczym rodzinka. Poczułem, że moim żołądkiem targają torsje, gdy Bannik zgubił swój ręcznik w progu i nie pofatygował się nawet, żeby go podnieść. Przelazłem przez ogrodzenie, po czym podkradłem się do jednego z otwartych okien.

– Kochanie, czy to ty? – Usłyszałem słodki głos Upiorzycy, a moja twarz mimowolnie pokryła się rumieńcem.

– Tak, skarbie. Wpadłem tylko, żeby zrobić ci coś do picia! – odkrzyknął burmistrz, a ja usłyszałem serię huków i trzasków.

Wpadł tylko, żeby zrobić jej coś do picia? Na pewno! Biegł przez pół miasta jak na złamanie karku, żeby nalać jej do szklanki mrożonej herbaty? Już to widzę!

Wystawiłem nieznacznie głowę – tylko na tyle, żeby dojrzeć, co robi. Nagi Bannik latał po kuchni z moździerzem w dłoniach i wsypywał do naczynia składniki, które po zmieszaniu mogły stanowić tylko jeden napój.

Ty mały, dwulicowy gnoju, pomyślałem z pogardą.

– Gdzie są kamienie salamandry? – mamrotał gorączkowo, miotając się po kuchni.

A tak się złożyło, że słoik z nimi leżał w zasięgu mojej ręki i łudząco przypominał kulki pieprzu znajdujące się nieopodal. Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z okazji i nie podmienił tych dwóch rzeczy. Nie czekając na to, co się wydarzy, popędziłem z powrotem do kamienicy burmistrza.

III

Mijałem nielicznych przechodniów, przyglądających mi się z niechęcią. Kilkoro z nich próbowało zastąpić mi drogę, a dwóch czy trzech niby przypadkiem wpadło na mnie z impetem, niemal zwalając z nóg. Biegłem ile sił, nie oglądając się za siebie. Chciałem dotrzeć do kamienicy, dopóki wspólnik Bannika był tam sam. Nie żebym miał większe szanse na wygraną walkę, ale pomyślałem, że może po prostu dłużej zajmie mi przegrana.

Wszedłem w zakręt na pełnej prędkości i nagle poczułem, że tracę równowagę i lecę na łeb na szyję. Wyciągnąłem przed siebie dłonie, żeby zamortyzować upadek, lecz i tak przejechałem policzkiem po chodniku, boleśnie go sobie zdzierając. Zanim zdążyłem się zorientować, co się dzieje, kilka par rąk złapało mnie i zaciągnęło w ciemną bramę. Zacząłem wierzgać nogami i szarpać się z wielkim zapałem. Zaowocowało to ogłuszającym uderzeniem w głowę i zwiotczeniem całego mojego ciała.

IV

Przeciągnięto mnie przez próg jakiegoś mieszkania i rzucono na podłogę. Zamrugałem szybko kilkukrotnie, lecz i tak nagą żarówkę zwisającą nędznie z sufitu widziałem podwójnie. Łupało mnie z tyłu czaszki i tylko niewyraźnie słyszałem ssąco-mlaszczące odgłosy dobiegające jednocześnie z różnych miejsc w pokoju. W następnym momencie coś z całej siły ugryzło mnie w kostkę. Wrzasnąłem, nadal bardziej oszołomiony niż przerażony, i odpełzłem pod samą ścianę, jak najdalej do tyłu. Nagły ból przynajmniej pozwolił mi odzyskać ostrość spojrzenia. Bynajmniej nie ucieszyłem się z tego, co ujrzałem.

Tylko nie Szwędacze, pomyślałem, czując jak mój mózg ogarnia panika. Jeszcze tego mi brakuje, żebym został tu żywcem zjedzony. Niech cię szlag, panie Ponury… z całym… ekhm… szacunkiem.

Kim są Szwędacze? To normalni, niemagiczni ludzie, omamieni czarem lub przygotowanym w specjalny sposób wywarem. Z jego pomocą zmieniają się w bezwzględnie posłusznych, najbardziej bezmyślnych wyznawców tego, kto ów wywar im podał. Widok zbliżających się do mnie, żądnych mordu obywateli miasteczka nie był jednak w tym wszystkim najbardziej makabryczny. Widzicie – efektem ubocznym przemiany człowieka w Szwędacza prawie zawsze jest łaknienie ludzkiego mięsa. Kolejny problem stanowiło samo ugryzienie. Na powierzchni zębów owych stworów bowiem znajduje się od groma zarazków wnikających do krwioobiegu i rozprzestrzeniających się po organizmie w zastraszająco szybkim tempie.

Zaczynałem już czuć, że moja kostka puchnie, a pod skórą pojawia się uczucie pieczenia. Póki co pojawił się jedynie delikatny ból, lecz doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że ta sielanka nie potrwa długo. Najgorsza jednak była moja niewiedza. Nigdzie nie napisano, co się dzieje z człowiekiem, który zostanie ugryziony przez Szwędacza.

Zerwałem się na nogi, ale zostałem już otoczony. Zebrało się ich tam ze dwudziestu – każdy zbudowany potężniej ode mnie, głodny i w dodatku dopompowany tym przeklętym czarem czy tam eliksirem… kogo to obchodzi, do diabła?! Skrzyżowałem palce prawej dłoni, formując znak, a fala uderzeniowa odepchnęła kilkoro zombiaków pod przeciwległą ścianę. Nic z tego – powstała w ten sposób dziura w ludzkim murze wypełniła się natychmiast kolejnymi kobietami, mężczyznami i dziećmi.

Szlag by to, mruknąłem w myślach, grzebiąc po kieszeniach płaszcza. Jeśli przyjdzie mi umrzeć przy robocie, to się wkurzę!

Pociłem się jak prosię i nie wiedziałem, czy to ze strachu,  gorąca, czy może bakterie zaczynały już imprezę w moim ciele. Nie zamierzałem ryzykować i tkwić dłużej w tamtym miejscu. Złapałem za włosy kobietę z usmarowaną krwią twarzą, obróciłem ją i popchnąłem na przybliżających się nowych kolegów. Nie miałem wyjścia – jedyną opcją był skok przez średnich rozmiarów okno. Jeśli chcecie wiedzieć, średnie rozmiary to takie, o których nie wiadomo, czy pomieszczą moją skromną sylwetkę.

No, stary, jak w amerykańskich filmach, powiedziałem do siebie, biorąc taki rozbieg, na jaki pozwalał mi zacieśniający się wokół krąg Szwędaczy. Dajesz!

Jak myślicie, czy w całej historii ludzkości i magicznych stworzeń jest chociaż jeden przypadek, w którym komukolwiek udało się wykonać poprawnie akcję z hollywoodzkich produkcji filmowej? Jeśli ktoś dokonał tej sztuki, to ja po prostu o tym nie słyszałem… a słyszałem wiele.

Zawadziłem oczywiście stopą o ramę okna. Przebiłem szybę wypchniętym do przodu ramieniem i poczułem, jak mój but utknął pomiędzy odłamkami szkła. Szarpnąłem nogą niemal natychmiast, lecz ta krótka chwila wahania wystarczyła, żebym – zamiast szybować jak gazela – zaczął sunąć po ścianie kamienicy twarzą w dół. Zwinąłem się w kłębek i uderzyłem plecami w daszek umieszczony nad drzwiami klatki. Gdybym się tam zatrzymał, to nie byłoby jeszcze tak źle, ale rzecz jasna musiałem siłą pędu stoczyć się poza krawędź wiaty i wpaść w wysoki na metr, kolczasty krzak. Paskudztwo śmierdziało jak nie wiem co!

Chcę podwyżki, pomyślałem, leżąc powyginany pod nieludzkim kątem, wypluwając gorzkie liście i czując, jak kolejne kolce zagłębiają mi się w ciało.

Machnąłem tylko krótko ręką, a drzwi od klatki schodowej zatrzasnęły się z hukiem. Gdyby teraz którykolwiek ze Szwędaczy wypadł na zewnątrz, nie miałbym szansy na ucieczkę.

Wygrzebując się z krzaków i próbując doprowadzić swój strój do jako takiego wyglądu, miałem czas na to, żeby zebrać myśli.

Nic dziwnego, że żaden z mieszkańców miasteczka nie zauważył w postaci burmistrza niczego nadzwyczajnego. Szokowało mnie (i obrzydzało zarazem) to, że ta mała gnida paraduje po ulicach w samym ręczniku i się tego nie wstydzi. Teraz przynajmniej wszystko stało się jasne. W tej mieścinie nie było obywateli – byli wyznawcy otumanieni potężnym zaklęciem. Bannik mógłby przechadzać się w kostiumie płetwonurka z foką na smyczy, a i tak nikt nie widziałby w tym niczego, co choćby lekko odbiega od normy.

Ale to, co robił Upiorzycy…

V

Zacząłem kuśtykać w kierunku miejsca, gdzie uwięziony został  mój pracodawca. Podjąłem decyzję. Nie pozwolę burmistrzowi zerwać mojego kontraktu z rodziną Ponurych. Spadłbym z patelni w ogień. Wystarczyła mi świadomość, że istnieje możliwość zakończenia mojej służby. Skoro Bannik ją znalazł, to i mnie się w końcu uda. Na razie musiałem się skupić na tym, żebyśmy oboje wraz z panem Ponurym uszli z całego tego bałaganu z życiem.

Wyciągnąłem gałązki z potarganych włosów i liście z kieszeni płaszcza, po czym skręciłem w najbliższą boczną uliczkę. Skoro Szwędacze chcieli mnie zjeść, to lepiej po prostu zejść im z oczu. Wątpiłem, żebym miał tyle szczęścia przy następnym spotkaniu. Przemykałem więc brudnymi zaułkami pomiędzy wypełnionymi po brzegi śmietnikami, w których najwyraźniej coś mieszkało. Zbliżyłem się do celu szybciej, niż chciałem i zanim zdążyłem wymyślić jakiś plan.

Wiedziałem już, że nie dam rady wspiąć się przez okno. Nie chodziło tylko o to, że byłem obity i prawdopodobnie połamany. Chodziło o te cholerne ogary. Nie posiadałem w sobie generalnie zbyt wiele magii, a właśnie tą niewielką ilość zużyłem już na to, żeby uratować własną skórę. Nie miałem innego wyboru, jak tylko wejść tam frontowymi drzwiami. Podejrzewałem, że nienaturalnie gęsty mrok na klatce schodowej był również swojego rodzaju systemem alarmowym. Pomocnik burmistrza będzie wiedział o moim nadejściu.

W końcu dotarłem przed kamienicę. Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym obejrzałem się za siebie. Otaczali mnie mieszkańcy miasta. Stało tam –  z głodem w oczach i bezosobowymi wyrazami twarzy –  z pięćdziesiąt osób. Żadna z nich nie postawiła jednak stopy na terenie należącym do Bannika. Stanąłem przed wyborem –  mogłem tam albo wejść, albo wpaść w ich łapy.

Podjęcie decyzji nie było dla mnie specjalnie trudne.

Zagłębiłem się w ciemności klatki schodowej, a drzwi po drugiej stronie korytarza niemal natychmiast się otworzyły. Pojawiła się w nich postać wspólnika burmistrza. Widziałem jedynie jego sylwetkę, lecz to bez wątpienia był on.

– Zapraszam do środka, Forge. – Głos odbił się echem od ścian.

Mężczyzna wycierał ręce w jakąś szmatę, gestem zapraszając mnie do wnętrza. Posłusznie przeszedłem przez próg i ponownie znalazłem się w gabinecie. Na środku pokoju, przywiązany do krzesła, siedział pan Ponury. Wyglądał znacznie gorzej niż przed godziną.

Facet zabrał się ostro do roboty, pomyślałem nie bez satysfakcji.

VI

Mój pracodawca prezentował się okropnie. Jego okulary leżały gdzieś z tyłu na posadzce, jedną brew miał rozciętą, a sącząca się z rany krew zalała mu już całe ucho i kawałek szyi. Opuchlizna na oku i policzkach powiększała się z sekundy na sekundę, a wąsy były sklejone krwią. Na koszuli i marynarce widniały liczne rozdarcia, jakby notorycznie nim szarpano albo podnoszono z podłogi (obstawiałem jedno i drugie). Oko, które jeszcze nie zdążyło całkowicie zapuchnąć, wyrażało przerażenie na przemian z błaganiem.

– Co mam z tobą teraz zrobić, Forge? – zapytał wspólnik Bannika, obchodząc mnie z tyłu. Nawet nie drgnąłem. – Burmistrz ma dla ciebie propozycję, ale ja osobiście cię nie lubię.

Jakby mnie to obchodziło, przemknęło mi przez myśl, lecz nie zareagowałem na tę zaczepkę.

– Uważam, że jesteś ponurym, dwulicowym gamoniem – kontynuował swój monolog, przykładając mi palec do skroni. – Jeszcze nie wiadomo, co sobie myślisz w tym swoim pisarskim łbie. Nie masz języka w gębie? Czy jesteś po prostu za głupi, żeby cokolwiek odpowiedzieć?

Nie dałem się sprowokować. Obserwowałem mojego pracodawcę, który starał się pokazać mi coś spojrzeniem. Cały czas kierował swoje niezapuchnięte oko w dół. Zerknąłem tam i dostrzegłem, że trzyma w dłoni piórko.

Nie było mowy, żebym rzucił się w jego kierunku, złapał to coś i… co właściwie miałbym z tym zrobić? Nie wiedziałem nawet, co to było!

Świetny z nas duet, nie ma co, pomyślałem, puszczając mimo uszu wywody faceta krążącego za mną w tę i z powrotem.

Na dodatek zaczynałem się podle czuć. Moim ciałem wstrząsały dreszcze, pot spływał mi po twarzy, a obraz zaczynał mi się zacierać. Czułem też, że moja pogryziona kostka puchnie bezustannie. Jeśli zaraz bym czegoś nie zrobił…

Odwróciłem się błyskawicznie, przyłożyłem dłonie do skroni mężczyzny i próbowałem wykrzesać z siebie jakieś tajemne pokłady magii, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Nastąpiło delikatne spięcie i wspólnik Bannika, zamiast paść nieprzytomny, lekko się zgarbił.

Świetnie, pomyślałem, czując, jak kręci mi się w głowie. Pora na stare, sprawdzone metody.

Położyłem mu ręce na barkach (prawdopodobnie tylko po to, żeby utrzymać równowagę), a następnie z całej siły kopnąłem go kolanem w krocze.

Tylko pisnął… jak mała dziewczynka.

Gdy padł jak długi na podłogę, mną również zachwiało i runąłem do tyłu, taranując pana Ponurego. Chciało mi się wymiotować, a jednocześnie zrobiłem się… głodny?

– Panie Forge – wydyszał mój pracodawca, leżąc na podłodze i usiłując mnie z siebie zrzucić. – Jesteś pan wielki, ale, na litość boską, złaź pan ze mnie. Mamy robotę do wykonania!

Ledwo się podniosłem, a gdy już udało mi się wstać, zacząłem zataczać się jak pijany. Po kilku próbach przeciąłem więzy krępujące pana Ponurego, lecz przepłaciłem to kolejnym upadkiem.

Mój pracodawca próbował przez chwilę doprowadzić się do porządku, po czym spojrzał na mnie zaniepokojony. Przyłożył mi dłoń do czoła, zerknął na moją kostkę (trudno jej było nie zauważyć) i zaklął pod nosem. Wahał się przez moment, patrząc to na mnie, to na drzwi po przeciwnej stronie pokoju.

Chyba mnie tu nie…

Wybiegł szybko z gabinetu.

Oczywiście, że mnie tu zostawisz, ty stary kanciarzu, zdążyłem jeszcze pomyśleć i poczułem, że odpływam.

VII

Walczyłem, jak tylko mogłem, ale infekcja rozprzestrzeniała się szybko. Kątem oka widziałem niewyraźnie, że wspólnik Bannika zaczyna się poruszać. Gdzieś piętro wyżej słychać było trzaski, huki i odgłos szybkich kroków.

Nagle drzwi wejściowe otworzyły się na pełną szerokość i do środka wpadł burmistrz we własnej osobie. Te nieliczne włosy, które jeszcze mu nie wypadły, sterczały we wszystkie strony. Szczerzył szczerbate uzębienie jak wściekły pies, cały czas poprawiając zsuwający mu się ręcznik. Obrzucił szybkim spojrzeniem to, co działo się w pomieszczeniu, jednak to odgłosy z górnego piętra rozwścieczyły go najbardziej.

– Myślałem, że się dogadaliśmy – syknął do mnie i poczłapał przez pokój. – Jeszcze tego pożałujesz, Forge. Popamiętasz mnie!

Jeśli mam być szczery, to nie przejąłem się tym nawet odrobinę. Wszystko za bardzo mnie bolało. Wspólnik Bannika też podniósł się na nogi i, trzymając się jedną ręką za krocze, drugą wskazał drzwi po przeciwnej stronie.

– Ponury poszedł po księgę – powiedział cienkim głosem. – Nie mam pojęcia, skąd wie, gdzie znajduje się sejf, ale trzeba go powstrzymać!

Wypadli z gabinetu, a ja zostałem sam. Uciekłbym – gdybym tylko był w stanie się podnieść. Prawie nie poczułem, gdy ktoś delikatnie odgarnął z czoła moje włosy, zbadał mi puls i dotknął kostki.

– Wszystko będzie dobrze, kochany. – Usłyszałem piękny, dźwięczny głos tuż przy uchu.

Siedziała ze mną i głaskała mnie po głowie, a ja rzeczywiście po kilku minutach zacząłem czuć się lepiej. Potworny ból ustał, a spojrzenie mi się wyostrzyło. Zamrugałem szybko i uniosłem głowę. Oszałamiająco piękna Upiorzyca patrzyła na mnie z góry tymi swoimi wielkimi oczami, uśmiechając się lekko. Jej dotyk działał cuda.

Aha… nie wyjaśniłem Wam, o co chodziło w tej całej sytuacji z Bannikiem biegnącym do domu tylko po to, żeby zrobić swojej żonie coś do picia. Tym czymś mianowicie był najpotężniejszy eliksir miłosny, jaki kiedykolwiek wymyślono. Znałem jego skład na pamięć, ponieważ raz użyto go przeciwko mnie, ale to zupełnie inna historia. W mig wszystko stało się jasne – taka piękność nigdy nie poleciałaby z własnej, nieprzymuszonej woli na coś tak rozlazłego jak Bannik. Mikstura sprawiała, że osoba, która go wypiła, podporządkowywała się każdej sugestii – nawet tej najbardziej absurdalnej.

No, a że ja podmieniłem jeden ze składników, to Upiorzycy od razu wrócił zdrowy rozsądek. Położyła delikatnie moją głowę na dywanie, wstała, prostując się dumnie, a w jej oczach zapłonęła wściekłość. Nie chciałbym być w skórze burmistrza. Nie ma na świecie nic gorszego niż gniew baby, a jeszcze jak ktoś ma pecha i dodatkowo jest ona wiedźmą, to klękajcie narody.

Drzwi otworzyły się z hukiem i w gabinecie ponownie pojawił się Bannik, jego padawan i mój pracodawca tulący do piersi jakąś grubą książkę. Na początku nikt się nie zorientował, że w pomieszczeniu zjawił się ktoś nowy. Wspólnik burmistrza rzucił pana Ponurego na podłogę i zaczął podwijać rękawy swojej koszuli. Dokładnie w tej samej chwili jego ciało zaczęło się wyginać. Ręce i nogi łamały się z trzaskiem, a on sam lewitował kilka centymetrów nad ziemią. Otwierał usta, próbując krzyczeć, lecz nie dosłyszeliśmy żadnego dźwięku. Twarz mu tylko poczerwieniała. Upiorzyca królewskim gestem wskazała okno i połamane ciało mężczyzny wyleciało przez nie wprost do ogrodu, gdzie urzędowały ogary.

Jeszcze długo potem słyszałem w swojej głowie odgłosy odbywającej się tam uczty.

Rys. Martyna Nejman

Bannik schował się pod biurkiem, skulony ze strachu. Jak porażony wpatrywał się w swoją żonę. Bez trudu domyślił się, co się stało i niech mnie diabli porwą, jeśli nie pragnął w tamtej chwili samemu wyskoczyć przez rozbitą szybę. Gdybym miał wybierać, to też wolałbym zostać pożarty przez ogary.

– Ty… – warknęła Upiorzyca, robiąc krok w jego stronę. – Ty mała…

– K… kochanie – wyjąkał burmistrz. – To nie jest tak, jak myślisz!

Bez kitu, pomyślałem, parskając śmiechem. Ze wszystkich rzeczy, jakie mógł teraz powiedzieć, wybrał najstarszy tekst świata.

Upiorzyca miała chyba podobne zdanie, bo w jej oczach płonęło szaleństwo. Przysiągłbym, że temperatura otoczenia skoczyła o kilka stopni. Zerknąłem na mojego pracodawcę, lecz w tamtym momencie nie obchodziło mnie, jak się czuł. Nie chciałem przegapić przedstawienia.

– Jak długo? – zapytała, zbliżając się w stronę swojego męża.

– Nie wiem, o czym…

– JAK DŁUGO POIŁEŚ MNIE TYM ŚWIŃSTWEM?!

Ciekawe, czy już się domyślił, że nie uda mu się z tego wyjść cało?, zapytałem sam siebie, rozciągając się wygodniej na podłodze. Osobiście miałem nadzieję, że będzie umierał dużo wolniej niż jego wspólnik.

Bannik nie zrobił nawet kroku. Wielkie jak spodki oczy rozbiegały się we wszystkich kierunkach, a z bioder spadł mu ręcznik, odsłaniając coś, czego widok będzie mnie nawiedzał jeszcze przez długi czas. Ja i Upiorzyca odwróciliśmy z obrzydzeniem spojrzenia. Pan Ponury kwilił gdzieś z tyłu, powoli odpełzając w stronę wyjścia.

– Zniewoliłeś mnie – podjęła wiedźma coraz bardziej wściekła. – Odebrałeś mi życie, które miałam. Zabrałeś mnie mojej rodzinie. Mój klan…

Wyprostowała palce dłoni, ukazując rosnące w oczach szpony. Włosy na czubku jej głowy naelektryzowały się i uniosły nieznacznie. Bannik zbladł i zaczął płakać. Gile ciekły mu z nosa, ale nawet nie kwapił się, by je wytrzeć.

Proszę – oto najważniejsza osoba w mieście w pełnej okazałości, pomyślałem z przekąsem, czując, że z każdą sekundą moje samopoczucie się poprawia.

Upiorzyca złapała swojego męża za kark jak psa i gestem otworzyła prowadzące na górę drzwi, przez które jeszcze niedawno wprowadzono mojego pracodawcę. Zanim wyszła, odwróciła się jeszcze w stronę pana Ponurego (ten był już koło wyjścia, trzymając jedną ręką na klamce) i powiedziała:

– Ponury, nie dasz rady odczytać tej księgi.

Mój pracodawca drgnął jak dziecko przyłapane na robieniu czegoś zakazanego. Odwrócił się do wiedźmy i stanął prosto, gdy upewnił się, że nic mu nie grozi.

– Co to jest? – zapytał, wiedząc, że druga taka szansa może się nie powtórzyć.

– To księga egzorcysty z Krainy Demonów – odparła Upiorzyca. – Jest w niej potężna magia, której ten świat powinien się bać. Nie będziesz w stanie odczytać tej księgi, dlatego strzeż jej, Ponury. Kiedyś się o nią upomnę i lepiej, żebyś mnie wtedy nie oszukał.

Po tych słowach mrugnęła tylko do mnie i zabrała swojego męża na górę. Krzyki, które usłyszeliśmy chwilę później, mroziły krew w żyłach.

Nie warto zadzierać z wiedźmą, stwierdziłem w myślach, podnosząc się chwiejnie na nogi.

VIII

Kuśtykaliśmy obok siebie ulicami miasteczka. Mieszkańcy patrzyli na nas nieobecnym wzrokiem, lecz żaden z nich już nie chciał nas zjeść. Znaczyło to tyle, że czar zaczyna słabnąć. Nic dziwnego –  Burmistrz i jego wspólnik nie żyli, nie było więc nikogo, kto mógłby podtrzymywać dotychczasowy stan rzeczy. Za kilka dni wszyscy mieli dojść do siebie, a ja byłem pewien, że życie miasteczka popłynie takim torem, jakim powinno płynąć już od dawna.

Jeśli chodzi o nas, to dawno nie wracaliśmy z żadnej misji tak obdarci i pokiereszowani. Nasza odzież była w strzępach, a mordy mieliśmy całe obite. Mój pracodawca niósł pod pachą to, po co przyszedł, więc zadanie zostało wykonane.

Ciekawe, czy odda wiedźmie księgę, gdy ta się o nią upomni, zastanowiłem się. Nie warto było mieć Upiorzycy za wroga.

Pan Ponury wszedł ze mną w boczną uliczkę  i otworzył przed nami portal. Wracaliśmy do domu.

 

Skryba: A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira

Publikacja objęta jest prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kłobook ©Copyright 2018