9. Wiedźmy i czarownice

Aga Miela

Aga o współczesnych polskich czarownicach.

Witam Was serdecznie w kolejnym odcinku naszej mitologiczno-wierzeniowej wędrówki! Tym razem, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, wracamy do historii wiedźm i czarownic. Jak wspominałam o tym kilkakrotnie, jest to prawdziwy temat rzeka, dlatego sporo czasu zajęło mi ustalanie, o czym dokładnie chciałabym Wam opowiedzieć, by jednocześnie nie robić z tego nudnego referatu. Część z Was może się więc srogo zawieść przez niedostateczne rozbudowanie ważnych dla nich zagadnień, ale wierzę, że niektórzy natrafią w tym tekście na coś dla siebie. Oby tak było. Mam taką nadzieję, bo kurczę… Nad tą publikacją ciąży chyba jakieś fatum albo przekleństwo starej wiedźmy. Patrząc na to, jak silna jest wciąż wiara w czary, jest to chyba całkiem możliwe.


Zacznijmy jednak od początku. Historie o czarownicach są niemal tak stare jak sama ludzkość – znajdziecie na to dowód, sięgając chociażby do Starego Testamentu czy Kodeksu Hammurabiego:


„§ 2. Jeśli obywatel czary obywatelowi zarzucił i nie udowodnił (mu) tego, ten któremu czary zarzucono do Rzeki wejdzie, w Rzece się zanurzy, jeśli Rzeka dosięgnie go, oskarżyciel jego domostwo jego zabierze. Jeżeli człowieka tego Rzeka oczyści < go > i zostanie zdrowy, ten który czary (mu) zarzucił zostanie zabity, ten zaś, którego Rzeka oczyściła domostwo oskarżyciela swego zabierze.”


Jak widzicie na powyższym przykładzie: uprawianie czarów, zwłaszcza tych mających wyrządzić szkodę bliźniemu, praktycznie od zawsze wiązało się z ryzykiem stanięcia przed sądem i możliwością bycia skazanym na śmierć. Tak było w Babilonie, w Egipcie, Rzymie i wielu innych miejscach, i nie miało żadnego związku z chrześcijaństwem. Nasze społeczeństwo jednak szczególnie lubuje się we wszelkiej maści skrótach myślowych, stąd często słowo „wiedźma” łączy się automatycznie z takimi hasłami jak „polowania” czy „Salem”. Warto więc zaznaczyć, że procesy czarownic – ba, procesy masowe! – miały też miejsce na długo przed nastaniem Czasów Stosów. Osądzanie winnych sprowadzania plag, klęsk i wszelkiej maści nieszczęść na podstawie oskarżeń o szkodliwe czary było w czasach antycznych czymś normalnym – może nie powszechnym, ale zaspokajającym ludzką potrzebę poszukiwania wyjaśnień niezrozumiałych sytuacji. Plagi nie mogły się przecież brać znikąd, a co tłumaczyłoby ich wystąpienie lepiej niż podejrzane zgromadzenia starych, żyjących na obrzeżach społeczności kobiet? Paradoksalnie to właśnie posądzane o napędzanie lawiny polowań chrześcijaństwo zahamowało na chwilę pęd procesów o czary.


Mający miejsce w VIII wieku sobór w Paderborn wprost zakazał urządzania procesów o czary, grożąc śmiercią każdemu, kto pokusiłby się o złamanie tego prawa. Ogólnie rzecz ujmując, przedstawiciele władz kościelnych wczesnego średniowiecza wraz ze znaczną grupą monarchów bardzo sceptycznie podchodzili do samej idei istnienia magii i czarownic, określając je mianem szkodliwych zabobonów. Dopiero późne średniowiecze rozpoczęło prawdziwy okres szaleńczych polowań, który nasilił się szczególnie za sprawą sławnego dzieła dwóch dominikanów – Heinricha Kramera i Jacoba Sprengera, o którym to tekście słyszała zapewne większość z was. Mowa oczywiście o Malleus Meleficarum, czyli w tłumaczeniu „Młocie na czarownice”. Pomimo zakazania tej książki przez kościół ledwie dwadzieścia dwa lata po jej publikacji, „Młot…” szybko zyskał popularność wśród całej rzeszy sędziów i prokuratorów, na dobre odmieniając losy ludzi na niemal całym świecie. Stosowane wobec oskarżonych o czary próby „niewinności”, będące w rzeczywistości torturami, były uznawane przez społeczeństwo za pewnik. Wiele osób słyszało o tym, że przed przystąpieniem do przesłuchań należało pozbawić wiedźmę wszystkich włosów na ciele, bo to w nich lubił się kryć i dzięki temu udzielał oskarżonym swych mocy diabeł. Każdy zdawał sobie sprawę z nieomylności próby pierza, zwanej też próbą wagi – wszak udowodniono, że służące do lotów miotły mogły utrzymać maksymalnie wagę 49,5 kg, a więc każdy, kto ważył mniej, mógł ich dosiadać, co miało świadczyć o jego konszachtach z samym Szatanem.


Okres polowań na czarownice to, jak wspomniałam wcześniej, nie tylko Salem. To również szokująca historia Matthew Hopkinsa, przedstawiającego się jako „Witch Hunter General”, najsłynniejszego angielskiego łowcy czarownic, panująca w niemieckich landach histeria i niekończące się ognie stosów, czy nasz rodzimy… piec na czarownice. Nie wierzycie? Otóż krematoria nie były żadnym innowacyjnym pomysłem: ich idea została zapoczątkowana w Zeil nad Menem, gdzie w latach 20. XVII wieku postawiono pierwszy tego typu obiekt. Jego stosowanie miało pomóc w szybszej i tańszej utylizacji wiedźmich zwłok, pozwalając na oszczędność czasu i drewna. Podpatrzony tam pomysł tak spodobał się Janowi Baltazarowi Liesch von Hornau, ówczesnemu biskupowi pomocniczemu Karola Ferdynanda Wazy, że nie minęło wiele czasu, a podobna konstrukcja stanęła na terenie dawnego Księstwa Nyskiego, w samej Nysie. Za jej „złoty okres” można uznać rok 1651, kiedy to za sprawą zeznań ośmioletniego Marcina Schirna przez tereny Księstwa przetoczyła się fala zakończonych wyrokami procesów: w Nysie ofiarami polowania padły wtedy 42 kobiety, w Głuchołazach spalono 22 osoby, a w Zlatych Horach aż 58. W kronikach wielokrotnie powtarzana jest liczba 200 ofiar – mowa tu wyłącznie o tym jednym roku i terenach Księstwa Nyskiego. Przyznacie chyba, że to przerażające statystyki.


No, ale wystarczy już chyba historii z naszego, głównie europejskiego, podwórka. Mimo wszystko dotyczące ich kwestie mogą dla Was być oczywiste – w końcu to o podobnych wydarzeniach wspomina się najczęściej w ramach opowieści o czarownicach. Zanim zaczniecie na dobre kojarzyć je wyłącznie z długonosymi czcicielkami Szatana albo niewinnymi ofiarami masowego szaleństwa, rzućcie jeszcze okiem na to, pod jaką jeszcze postacią mogą występować osoby parające się magią. Co powiecie na krótką wędrówkę po świecie?


Zacznijmy może od Afryki, gdzie w społeczeństwie wciąż funkcjonują ludzie określani mianem „sangoma”. Choć sami odcinają się od przypinanej im łatki „czarowników”, uznając się bardziej za naturalnych uzdrowicieli kultywujących nauki przodków, to właśnie m.in. umiejętność komunikowania się ze zmarłymi czyni z nich w oczach społeczności posiadaczy magicznego daru. Poza umiejętnym wykorzystywaniem leczniczych właściwości lokalnej fauny i flory, wykwalifikowany sangoma posiada również wiedzę na temat historii oraz wyuczoną na etapie bycia „twaza”, czyli adeptem, przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę medyczną. Sangomi traktowani są również jako różdżkarze, wróżbici i wspomniane wcześniej media. Jako ciekawostkę dodam, że obecnie Afrykański Kongres Narodowy refinansuje część usług sangomów z Kas Chorych. Ma to związek z utrudnionym dostępem lokalnej ludności do innych źródeł opieki zdrowotnej.


W Chile „czarownice” przybierają aż dwa oblicza, wyraźnie rozróżniające przeciwstawne bieguny magii. Możecie się tam spotkać z określeniami Machi – oznaczającego uzdrowicielki, reprezentantki pozytywnych sił – oraz Kalku, dotyczącym tradycyjnie postrzeganej złej wiedźmy. Podział na Machi i Kalku sięga jednak znacznie głębiej niż przyjęty rozdział białej i czarnej magii: Kalku są raczej uznawane za postaci bardziej mityczne, niedostrzegalne, ulotne, na które można złożyć odpowiedzialność za wszystkie nieszczęścia, podczas gdy Machi są rzeczywistymi osobami. Najprościej będzie określić je mianem szamanów, przywódców religijnych, przewodzących ceremoniom uzdrawiającym przeprowadzanym z udziałem duchów przodków. Znają się na ziołach, interpretowaniu snów oraz walce ze złymi wiedźmami, czyli wspomnianymi już Kalku. Rolę Machi pełnią głównie kobiety, choć uznawana jest w tej sprawie płynność płci – można natrafić również na chilijskich szamanów płci męskiej, choć należy zaznaczyć, że nie zawsze są oni traktowani z takim samym szacunkiem jak szamanki. Wiąże się to z przekonaniem o tym, że kobiety, będąc bliżej natury, dysponują naturalnie większą mocą. Dodatkowo bycie męskim Machi ma budzić u społeczeństwa niechęć ze względu na transferowanie przez takiego szamana cech kobiecych, jak choćby noszenie kobiecych, tradycyjnych ubrań. Nie przeszkadza to jednak mężczyznom poszukiwać tych właśnie szamanów w przypadku wystąpienia chorób organów płciowych – wstyd przed możliwym kontaktem i oceną ze strony żeńskich Machi jest widocznie silniejszy niż normalna pogarda odczuwana wobec męskich przedstawicieli tej grupy uzdrowicieli.


Jeśli sięgniemy w naszych poszukiwaniach dalej, do Ameryki Północnej, napotkamy na pewno na legendy o Zmiennokształtnych, zwanych też Złodziejami Skór, czy yee naaldlooshii. W odróżnieniu od opisywanych przeze mnie wcześniej sangomów i Machi, ten rodzaj czarowników nie należy do przyjaznych ludziom. Znani są ze swojej umiejętności do opętywania zwierząt, czy też przyjmowania ich formy, jedynie poprzez spojrzenie im w oczy. To jednocześnie jeden z najbardziej specyficznych i trudnych do poznania typów czarowników ze względu na nieufność plemienia Navajo do dzielenia się opowieściami o nim z osobami spoza społeczności. To, co wiemy na pewno, to fakt, że ulubionymi zwierzęcymi formami yee naaldlooshii mają być kojoty, lisy, wilki, sowy, kruki i orły. Pojawiają się czasem opowieści o tym, że Złodzieje Skór potrafią zatruwać swoje ofiary trupim pyłem oraz o ich niezwykłych umiejętnościach błyskawicznego poruszania się na dalekich dystansach. Ludzie Navajo oskarżają ich o grabienie grobów zmarłych w celu pozyskiwania wspomnianego trupiego pyłu. Można ich jednak zabić, jeśli wymówi się głośno ich prawdziwe, pierwotne, ludzkie imię.


Pozostając w temacie złych czarowników i czarownic należy wspomnieć o filipińskich Mangkukulam. Możecie myśleć o nich jako o standardowych wiedźmach z naszych dziecięcych opowieści: osoby praktykujące „kulam”, czyli ową czarną magię, zajmują się bowiem warzeniem mikstur i maści, rzucaniem zaklęć, często stosując praktyki zbliżone do znacznie popularniejszego voodoo. Na porządku dziennym jest u nich stosowanie symbolizujących ofiary laleczek czy mocy igieł, choć równie często przystają na prośbę uwarzenia mikstury miłosnej.

Obiecałam Wam, że nie będę się aż tak rozpisywać, w związku z czym wspomnę jeszcze tylko o jednym rodzaju bardziej znanych wiedźm i czarownic. Na pewno nie można bowiem zapominać o popularnych wśród miłośników kultury Japonii Lisich wiedźmach, nazywanych też czasami Kitsune bądź Kitsunetsuki, przy czym to ostatnie określenie oddaje najlepiej ich prawdziwą postać. Oznacza ono bowiem opętanie przez lisa (ofiarą padają zwłaszcza kobiety).


Mam nadzieję, że dzisiejsza publikacja Wam się spodobała – ja sama nie jestem z niej w pełni zadowolona, ale to z racji tego, że w momencie pisania tego zdania dochodzi właśnie druga w nocy, a za kilka godzin wybija mi termin przesłania tekstu. Z jakiegoś powodu pierwszą wersję wpisu szlag mi trafił i musiałam pisać ją od nowa, a dzisiejszy dzień wcale nie należał do najlżejszych. Może jednak całość przypadnie Wam do gustu i być może nawet zainspiruje Was do pisania bądź poszukiwania dodatkowych informacji na któryś ze wspomnianych tutaj tematów. Ot, taki Matthew Hopkins miał na przykład bardzo ciekawy i burzliwy żywot – zachęcam Was do sprawdzenia.


Tradycyjnie wpis uzupełnia publikacja video na YouTube: w tym miesiącu nieco chaotyczna, bo nagrywana na urlopie, ale są szanse, że Was zaciekawi. Mowa z niej bowiem o naszych współczesnych, polskich czarownicach. Czarownicach innych niż wszystkie, zawieszonych gdzieś pomiędzy magią a Kościołem. Jestem ciekawa, kto z Was jeszcze o nich słyszał czy też miał z nimi kontakt?


Tradycyjnie czekam na wszelkie komentarze czy wiadomości prywatne z Waszej strony, ponieważ dzięki nim i okazji do poznawania Was lepiej, jestem w stanie przygotowywać bardziej szczegółowe publikacje, lepiej wpasowujące się w Wasze oczekiwania. Będę wdzięczna za wszystkie uwagi i opinie, a tymczasem nie dajcie się zmoczyć! Walczcie o przetrwanie i pokażcie całej rodzinie, kto jest Mistrzem Dyngusa!


Do zobaczenia w przyszłym miesiącu!

Aga Miela

Nowy wpis na naszym facebooku!

Nasza strona internetowa korzysta z plików cookie i innych technologii śledzenia, aby uzyskać najlepsze doświadczenia na naszej stronie. Aby uzyskać więcej informacji o przetwarzaniu danych osobowych przez Wydawnictwo Klobook, zapoznaj się z polityką prywatności