Wieszczy

Wieszczy

I

Nienawidzę tego ptaka, pomyślałem z niechęcią, wchodząc po rozlatujących się schodach w domu państwa Ponurych. Nie cierpię tego umazanego smarem, zmokłego kuraka. Niby czemu to ja mam codziennie przynosić mu żarcie?! Jestem skrybą, a nie służącym!

Robiłem to jednak każdego dnia. Pani Ponura, nie mniej zniechęcona ode mnie, odmówiła przebywania w towarzystwie Kłobuka, a tym bardziej zanoszenia mu posiłków. Stwierdziła, że wystarczy, iż musi mu je robić, co mój pracodawca i tak osiągnął cudem po tygodniu błagań. Za pierwszym razem po prostu nakazał swojej żonie „robienie tego, co do niej należy”, ale szybko pożałował tonu, a tym bardziej zwrotów, których użył. Miałem dużo uciechy, obserwując, jak zmywa ze ściany całą swoją porcję obiadu i zamiata rozbite szkło z podłogi. Jego urocza żona zaczęła bowiem ciskać w niego wszystkim, co miała pod ręką, nie szczędząc przy tym ciepłych słów. Później zaczął się płaszczyć i zasypywać ją prezentami na zmianę z przeprosinami, aż w końcu łaskawie uległa.

Rządy twardej ręki, nie ma co.

Tak więc wchodziłem codziennie na poddasze (uważając, żeby przypadkiem nie opierać się za mocno o poręcz schodów) i zanosiłem temu brudnemu, lepkiemu pasożytowi jego poranną porcję jajecznicy na maśle. Wszystko dlatego, że był demonem zapewniającym powodzenie w interesach właścicielowi, który o niego dbał.

Otworzyłem drzwi i wszedłem powoli do sypialni ptaka. Nauczyłem się już przezornie stąpać po śliskiej od smaru podłodze po tym, jak pierwszego ranka rozpędzony przekroczyłem próg i nakryłem się własnymi kopytami. Gorąca maseczka na twarz zrobiona z masła i jajek nie jest czymś, co chciałbym prędko powtórzyć.

Kłobuk siedział przy swoim biurku i pisał coś na komputerze. Kupienie mu laptopa i pokazanie, czym jest Internet, było najmądrzejszą decyzją pana Ponurego, odkąd dla niego pracuję. Przynajmniej był z ptaszyskiem spokój. Zostawiłem talerz ze śniadaniem i ostrożnie wyszedłem na korytarz. Książę nawet nie podziękował.

II

Pociągając nosem i złorzecząc, zbiegłem po schodach i skierowałem się do swojego pokoju. Miałem do ogarnięcia trochę rzeczy związanych z publikacjami moich opowieści. Zalegałem z terminami, a odkąd podjąłem się współpracy z dwójką dzieciaków przed trzydziestką, ci nie dawali mi spokoju. Raz na miesiąc ukazywało się jedno z moich opowiadań, a oni zasypywali mnie mailami. Popraw przecinek tu, popraw tam, tu się nie klei, tam też nie. Odkąd ta jego koleżanka poszła na kurs dla redaktorów, nic nie robię, tylko wstawiam te przeklęte przecinki.

No, ale przynajmniej świat może przeczytać o moich przygodach, a to naprawdę dobre uczucie.

Usiadłem za dębowym biurkiem, otworzyłem laptop i utonąłem w interpunkcji i poprawnym szyku zdań. Od kilku dni w domu panował spokój. Pan Ponury nie miał żadnych zleceń, a poza tym musiał nadgonić papierkową robotę, więc dostałem wolne. Podejrzewałem, że zmieni się to jeszcze tego dnia, ponieważ za kilka minut miał przyjść mężczyzna z pilnym problemem. Dopraszał się o spotkanie od tygodnia, bezustannie powtarzając, że to sprawa życia i śmierci. A że to komuś groziło zakończenie żywota, moją naturalną reakcją było zapisanie go… z delikatnym opóźnieniem.

Przynajmniej tyle mam z życia.

Gdy tylko postawiłem ostatnią kropkę, rozległ się dzwonek do drzwi.

Idealny moment, pomyślałem, wstając od biurka.

Przejrzałem się w wielkim lustrze wiszącym na jednej ze ścian, poprawiłem co nieco i zszedłem na dół.

III

– Panie Ponury, błagam, niech mi pan pomoże – zawodził klient siedzący naprzeciwko mojego szefa. – Jest pan jedyną osobą, która może mi tutaj pomóc. Nikt inny nie chce.

Zawsze przyjmowaliśmy interesantów w kuchni. Mój pracodawca siedział po jednej stronie stołu z kubkiem herbaty w dłoniach, a ktoś, kto potrzebował jego usług – po drugiej. Ja z kolei notowałem wszystko, wciśnięty w kąt pomieszczenia.

– Nie wiem, czy to zlecenie dla mnie – zastanawiał się na głos pan Ponury, szarpiąc sobie długie wąsy i poprawiając okrągłe okulary. – Co ja będę z tego miał?

– No jak to co? – zapytał z niedowierzaniem mężczyzna. – Pomoże pan bliźniemu. Bóg na pewno to Panu wynagrodzi po stokroć.

Bez kitu, pomyślałem, parskając cicho. Mamy pracować za „Bóg zapłać”? Już to widzę.

Mój pracodawca uniósł wysoko swoje krzaczaste brwi, a w jego spojrzeniu zawierało tyle samo kpiny co politowania. Otyły jegomość miętosił nerwowo w rękach swój beret i, od czasu do czasu, upewniał się, że jego dłuższe z przodu, ciemne włosy skutecznie zakrywają łyse gniazdko na czubku głowy. Ubrał się przyzwoicie – prążkowana marynarka, wypastowane buty. Po jego obwisłych, wydatnych policzkach spływały stróżki potu. Na palcu miał złotą obrączkę. Strach i nerwowość wypełniały jego brązowe oczy.

– Proszę pana – zaczął grzecznie pan Ponury. – Nie wiem, co panu powiedziano na mój temat, ale jeśli powszechna opinia głosi, że pracuję za darmo, to jest ona błędna. Wie pan, ile kosztuje utrzymanie tego wielkiego domu na Karłowicach?! Mam rodzinę do wykarmienia… Że nie wspomnę o innych lokatorach. Niech pan więc przejdzie do konkretów i powie mi albo ile, albo co za to dostanę.

– Panie, zlituj się pan – skamlał mężczyzna.

– Niech mi pan chociaż wyjaśni, co tam się dzieje – rzucił z niechęcią mój pracodawca.

Przyjazny sposób zakończenia sprawy, pomyślałem.

Za każdym razem, gdy pan Ponury zadecydował, że nie zamierza podejmować się jakiegoś zlecenia, zawsze nalegał na szersze naświetlenie problemu, jednocześnie odsuwając krzesło od stołu i wyciągając telefon komórkowy. Mogłem się założyć, że teraz siedzi na Facebooku i przegląda profile atrakcyjnych kobiet z sąsiedztwa. Jego rubaszny uśmiech, pojawiający się po chwili na ustach, utwierdził mnie w przekonaniu, że miałem rację. Ciekawe, ile zastaw stołowych musiałby odkupić, gdyby jego żona się o tym dowiedziała?

Starszy, łysawy jegomość z gniazdkiem na głowie tymczasem mówił i mówił. Miał chyba nadzieję, że jeśli wyjątkowo obrazowo naświetli problem, to uzyska pomoc, o którą prosił. Z tego, co zrozumiałem, jakaś dziwna mara nawiedza mieszkańców sąsiedniego osiedla. Ludzie twierdzą, że widzą zmarłego dwa miesiące wcześniej sąsiada, wałęsającego się po nocy oraz wzywającego członków swojej rodziny i bliskich przyjaciół. Kilkoro z nich już znaleziono martwych w swoich łóżkach. Podobno żaden lekarz nie potrafił podać przyczyny zgonu. Pan Ponury nie wykazywał zainteresowania, dopóki interesant nie bąknął (już najwyraźniej pogodzony z porażką), że po każdym takim spacerze, ducha można spotkać na wieży pobliskiego kościoła, wyjącego jak wilk do księżyca.

– Mówi pan, że na wieży kościoła? – upewnił się mój pracodawca, prostując się na krześle i odkładając smartfon na blat. – Za każdym razem tak kończy swój spacer?

– Tak, tak – przytaknął gorliwie mężczyzna, odzyskując odrobinę wigoru. – Sam nawet kiedyś go śledziłem i widziałem, jak wchodzi po dachu kościoła – dodał, kreśląc w powietrzu znak krzyża.

Później zaczęły się standardowe pytania o przyczynę śmierci, poważnych wrogów za życia, nieszczęśliwe miłości. Co ja wam będę wypisywał. Zdziwiło mnie jedynie ostatnie pytanie pana Ponurego:

– Wie pan może, czy ten nieszczęśnik, który nie może zaznać spokoju, urodził się z wyrośniętymi już zębami?

– Ja… nie… to znaczy… Ja nie wiem – wyjąkał zbity z tropu klient. – To ma jakieś znaczenie?

– Może ma, a może nie ma – rzucił mój pracodawca, wstając od stołu. – Zdecydowałem, że przyjmę to zlecenie. Będzie to kosztowało pańskie osiedle trzydzieści tysięcy złotych, ale gwarantuję, że będziecie mieli spokój. Nie zejdę z ceny nawet o grosz – to i tak już po przyjacielskiej zniżce dla najbliższych sąsiadów.

Twarz przybysza najpierw pojaśniała, a zaraz po tym, jak usłyszał cenę, cały się przygarbił i zaczął mamrotać coś o tym, że za drogo. Ja wiedziałem, że nie ma się co targować, bo nic to nie da. Również mężczyzna w końcu ustąpił i wyszedł wściekły z kuchni, nawet się nie żegnając.

A taki był miły i kulturalny, jak myślał, że nie będzie musiał płacić, pomyślałem, zamykając dziennik i czekając na rozkazy.

– Panie Forge – zaczął pan Ponury, zerkając jeszcze przelotnie na ekran swojej komórki i przerzucając kilka zdjęć – możliwe, że trafiliśmy na coś godnego uwagi. Idź pan do garażu i przygotuj dwa szpadle, łoma, jakąś latarkę i kanapki.

Po tych słowach opuścił kuchnię, a ja zabrałem się do roboty.

IV

Musieliśmy, rzecz jasna, poczekać do wieczora, aby w ogóle wyruszyć na nawiedzane osiedle. Pokazaliśmy się wspólnocie mieszkaniowej ze złowieszczymi minami, wyposażeni w tajemniczą torbę. Odmówiliśmy pokazania jej zawartości i postanowiliśmy, że udzielimy tak niewielu informacji, jak tylko się da. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale nie ma jak mroczne wejście i wzbudzenie sympatii już na starcie. Wielu z tych ludzi miało nadal trudności z uwierzeniem w to, iż nawiedza ich duch. Nie mogłem mieć do nich pretensji. W większości byli to zwykli robotnicy i początkujący przedsiębiorcy. Każdy z nich widział magię jedynie w telewizji.

– Musicie nam podać klucz do drzwi od klatki i po prostu udać się do domów – tłumaczył pan Ponury. – My się wszystkim zajmiemy. Staniemy sobie na czatach, a jak zjawa się pokaże, to zrobimy z nią porządek.

Mieszkańcy, ze zmieszanymi minami i uczuciami, powoli rozeszli się do swoich domostw, a my zajęliśmy miejsce wprawdzie nie w klatce, lecz w pustej budce należącej do ochroniarza, pilnującego niegdyś wjazdu na parking. Zgodnie stwierdziliśmy, że stamtąd będziemy mogli najszybciej zadziałać.

– Na pewno niczego panom nie potrzeba? – upewnił się staruszek, który przyszedł do nas wcześniej tego samego dnia. – Jakaś kawa? Ciastka?

– Nie, dziękujemy – odparł mój pracodawca, zmierzając w stronę naszego punktu obserwacyjnego. – Jestem pewien, że szybko nam zleci. Takie sprawy załatwia się od ręki. Zobaczy pan, jesteśmy najlepsi. Czujni jak głodne drapieżniki i…

Nawet sobie nie wyobrażacie, jaki wściekły był rano ten stary pierdziel, gdy przyszedł do nas i okazało się, że oboje zasnęliśmy na czatach. Podobno duch przeszedł koło naszej kryjówki dwa razy, drąc się i zawodząc wniebogłosy. W tym czasie ja siedziałem ze zwieszoną głową, zaśliniając sobie spodnie, a pan Ponury leżał w śpiworze z opaską chroniącą oczy przed światłem i stoperami w uszach.

Czujni jak wygłodzone drapieżniki… Jakoś tak to leciało, co nie?

Rys. Martyna Nejman

V

Staliśmy na pobliskim cmentarzu pośród starych krypt, nowych, lśniących w słońcu, grafitowych płyt nagrobnych i świeżo zasypanych grobów. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko zmyć się stamtąd, zanim pojawią się ci wszyscy ludzie, którzy tak bardzo na nas liczyli. Pan Ponury próbował wcisnąć kit tamtemu starcowi, mówiąc, że zjawa posiada zdolności usypiania tych, którzy jej bezpośrednio zagrażają, lecz szczerze wątpiłem, żeby mu uwierzono. Nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić tego, że leżał w ciepłym śpiworze, z zatyczkami w uszach. Nie czekaliśmy na rozwój wypadków, tylko zapewniliśmy, że wrócimy kolejnej nocy, a w międzyczasie zbadamy sytuację.

Szybko odnaleźliśmy właściwy grób. Nowa tablica, podobnie jak i sam pomnik, była jeszcze regularnie czyszczona, a czarno białe zdjęcie uśmiechniętego, szczupłego mężczyzny z lekko zapadniętymi policzkami jeszcze nie popękało. Leżący poniżej Mariusz Wrona zmarł w wieku czterdziestu dwóch lat.

Nie pożył za wiele, pomyślałem, trącając butem, kilka kamieni leżących nieopodal. Ciekawe, o co mu chodzi z tym całym wałęsaniem się po nocy?

Intrygowało mnie też, jak jest po drugiej stronie, a teraz miałem okazję, żeby zadać na ten temat parę pytań komuś, kto z pewnością coś wiedział. Miałem wszystkie potrzebne rzeczy, żeby wybrać się tam na kilka chwil, jednak brakowało mi jeszcze odwagi, aby z nich skorzystać. Może kiedyś…

– Wie pan, panie Forge, dlaczego zgodziłem się wziąć tę sprawę? – zapytał mój pracodawca, wyłaniając się zza pobliskiej mogiły i podchodząc do mnie.

Bo udało ci się wyłudzić kupę siana i teraz nie masz wyjścia?, odpowiedziałem sobie w myślach, ale tylko pokręciłem przecząco głową.

– Zjawa, która nawiedza tamto osiedle, to Wieszczy – zaczął wyjaśniać pan Ponury. – Będzie się włóczył w tę i z powrotem, dopóki nie zabierze ze sobą każdego przyjaciela i członka rodziny, na których za życia zależało mu najbardziej. Pamięta pan, jak mówili, że najpierw wzywał ludzi po imieniu, a później znajdywano ich martwych w swoich mieszkaniach i nikt nie potrafił określić, co im się stało? Tak właśnie działa Wieszczy. Gdy człowiek usłyszy swoje imię z jego ust, umiera praktycznie natychmiast, a duch podąża za nim do grobu.

Czytałem kiedyś o nim. To było dawno i niewiele pamiętałem, ale wiedziałem, że coś ważnego znajdowało się w tamtych notatkach. Coś związanego z jego garderobą, tylko że…

– Koszula Wieszczego ma niesamowite właściwości magiczne – kontynuował mój pracodawca, łakomie patrząc na nagrobek Mariusza Wrony. – Zakładając ją na siebie, stajesz się dla duchów i upiorów częścią ich świata. Przestają na ciebie polować i nie chcą cię zabić, bo czują, że jesteś jednym z nich. Jak się pan zapewne domyśla, nam mogłoby się coś takiego przydać, a skoro już pojawiła się okazja…

To trzeba z niej jak najbardziej skorzystać, dokończyłem z myślach, krzywiąc się z niesmakiem. Nawet jeśli oznacza to bycie hieną cmentarną przez jedną noc.

Byłem też ciekaw, czy pan Ponury dokopał się do pewnego znaczącego szczegółu, który nie był wspominany w większości podań. Ta, być może, cenna dla mnie informacja wypłynęła na powierzchnię mojego umysłu od razu, gdy mój pracodawca zaczął się rozwodzić na temat koszuli. Może warto spróbować? To oznaczało poważne złamanie mojego kontraktu, ale po przygodzie z Bannikiem poczyniłem pewne kroki, żeby odsunąć od siebie ewentualne podejrzenia… Przynajmniej tak mi się wydawało.

Na samą myśl o tym poczułem dreszcz ekscytacji.

VI

Tamtej nocy na niebie nie pojawiła się ani jedna chmurka, a okrągły księżyc rozświetlał nam otoczenie bladym, lekko niebieskim blaskiem. Wokół panowała cisza, przerywana tylko od czasu do czasu pohukiwaniem sów i odgłosami przejeżdżających w pobliżu murów cmentarza samochodów.

Pan Ponury i ja kucaliśmy za jednym z pomników i wpatrywaliśmy się w miejsce, w którym leżało i gniło ciało Mariusza Wrony. Nigdy nie polowałem na Wieszczego, więc nie miałem pojęcia, jak miałoby się to odbyć. Czy umarły przepłynie przez płyty swojego grobu? Czy może opęta swoje martwe ciało, kulturalnie otworzy wejście i pójdzie szukać swojej rodziny jak zombie? Czy ci, których już ze sobą zabrał, wyjdą za nim, żeby mu towarzyszyć?

Jeśli chcecie wiedzieć, to było tu, jak na mój gust, za dużo niewiadomych, a w naszym przypadku każdy brak informacji zawsze gryzł nas później w tyłek. Poprawka! Zawsze gryzł MNIE w tyłek.

Popatrzyłem z ukosa na mojego pracodawcę, żeby upewnić się, czy mnie nie obserwuje, i poprawiłem zawiniątko, które chowałem za paskiem spodni. Musiałem się sporo nagimnastykować, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Mam nadzieję, że będzie warto.

Przez następne kilka godzin działo się niewiele, więc nie zamierzam zanudzać Was szczegółami. Przejdę od razu do momentu, gdy uaktywnił się nasz upiór.

VII

Zaczęło się parę minut po trzeciej w nocy. Pan Ponury znowu przyciął komara. Jego kraciasty garnitur został w całości umazany ziemią, a głowa leżała oparta pod dziwnym kątem na kawałku pomnika, który opadł ze starości i spoczywał na trawie Bóg jeden wie jak długo. Kiedyś jeszcze zadawałem sobie pytanie, czy ten śliniący się, chciwy oszust ma poszanowanie dla czegokolwiek, ale jakiś czas temu po prostu przestałem się nad tym zastanawiać.

Gdy płyta zamykająca wejście do grobu Mariusza Wrony zaczęła się nieznacznie poruszać, mój pracodawca chrapał w najlepsze, a ja nie zamierzałem go budzić. Chciałem – o ile to możliwe – najpierw sam rozeznać się w sytuacji i wszystko zaplanować. Kamień zasłaniający wejście opadł wreszcie z hukiem na ziemię, budząc mojego kompana.

Niech to szlag, zakląłem w myślach.

– Co… Co się dzieje? – zapytał pan Ponury, siadając i rozmasowując sobie kark. – Już się zaczęło?

Kiwnąłem głową, zaciskając szczęki ze złości. Sytuacja dodatkowo się skomplikowała. Okazało się, że mogiła jest cały zasypana gliną, a ja mogłem się założyć, że Wieszczy zrobił to celowo. Przeważnie wnętrza takich grobów były puste, a na ich dnie leżały trumny, które wystarczyło otworzyć. Gdyby tak było i tym razem, cała sprawa nie trwałaby dłużej niż trzy minuty. Teraz musieliśmy kopać.

Mój pracodawca poprawił swoje okrągłe okulary, nie dostrzegając tego, jaki jest brudny od spania na ziemi. Obserwowaliśmy wychodzącego  wykopanej jamy Mariusza Wronę. Od stóp do głów uwalany gliną, skórę miał lekko żółtą, a oczy zapadnięte. Wargi cofnęły mu się znacznie, ukazując czarne zęby. Stanął na nogi i zaczął brnąć w stronę swojego dawnego osiedla. Już mieliśmy ruszać do jego grobu, gdy coś w jego wnętrzu przykuło naszą uwagę. Dziura, przez którą wyszedł umarlak, zaczęła się zasypywać – bynajmniej nie sama.

Przynajmniej wiemy, gdzie są ci, których zdążył ze sobą zabrać, pomyślałem, zasłaniając dłonią oczy. Czy chociaż raz nie może nam pójść z górki? Cóż takiego złego by się stało, gdybyśmy bez przeszkód okradli trupa z części garderoby?

– Dość nieoczekiwana komplikacja – mruknął do mnie pan Ponury. – Nie łam się pan, jakoś sobie z tym poradzimy!

Wieszczy zniknął za zakrętem, a my, ciągle niezdecydowani, kucaliśmy za grobem. Mieliśmy szpadel, kilof, nawet maski na usta, żeby nie wdychać pyłu, ale gdzieś tam, w tej ziemi, czekały na nas zagrzebane trupy, gotowe bronić swojego pana. Nie potrafiliśmy przewidzieć, co się stanie, gdy zaczniemy kopać.

– Chodź pan! – rozkazał mój pracodawca, biorąc do ręki kilof. – Nie mamy wyboru.

Niechętnie przyznałem mu rację i z ociąganiem chwyciłem swój szpadel. Naciągnąłem na usta maskę, wbijając moje narzędzie w miękki grunt. Szło szybko i nikt nam nie przeszkadzał. Żadne ręce nie próbowały nas schwytać, ani jedna szczęka nie chciała nam odgryźć z ciała kawałka mięsa. Moim zdaniem to plus. Minusem jednak okazało się to, że pan Ponury to straszny leń jest. Kopał może przez pierwszy metr, a później usiadł ciężko na ziemi, dysząc i wycierając pot z suchego czoła za każdym razem, gdy spostrzegł, że nie niego zerkam.

Moje zawiniątko poruszało się niebezpiecznie za paskiem spodni, lecz udawało mi się je poprawić za każdym razem, gdy ta kanalia słaniała się z wycieńczenia na moich oczach.

Leniwa, gnijąca ropucha!

W końcu zagłębiłem się po szyję w grobie Wieszczego i przyznam, że zacząłem się trochę bać. Gdyby teraz coś mnie złapało, nie miałbym żadnej szansy na ucieczkę.

Stopy zapadały mi się w nieubitej glinie, raz albo dwa trafiłem też szpadlem w zagrzebanego tam osobnika. Pan Ponury odgarniał ziemię sprzed wejścia i co chwilę pytał mnie, czy znalazłem już w trumnę. Nawet nie raczył  zajrzeć do środka. W końcu łaskawie wsadził swój kudłaty łeb do otworu. Wtedy zaczęły się prawdziwe problemy.

Mianowicie ten kretyn, mój właściciel i pracodawca, niecierpliwiąc się coraz bardziej, wsadził do otworu nie tylko głowę, ale także jedną ze swoich irracjonalnie wielkich stóp, która zsunęła się po niestabilnym i miękkim piachu, pociągając za sobą resztę jego żylastego cielska. Runął w dół, oczywiście wprost na mnie. Jedyne, co udało mi się zrobić, zanim mnie przygniótł, to dźgnąć go potężnie rączką szpadla w żebra.

Pan Ponury oparł dłoń na mojej twarzy i próbował się podnieść, wbijając mi nos i usta coraz głębiej. Wierzgałem nogami i rękami, lecz za każdym razem, gdy tamten tracił równowagę i próbował się podnieść, moja głowa zapadała się w głąb o kolejnych kilka centymetrów, aż w końcu nos dotknął zakopanej na dnie trumny. Rozpoczęło się piekło.

Z piaszczystych ścian tunelu, który udało mi się wykopać, wystrzeliły dłonie, chwytając nas w żelazny uścisk. Ręce pilnowały trumny i uaktywniły się dokładnie w momencie, gdy dotknąłem wieka. Kiedy w końcu udało mi się wyciągnąć głowę, ktoś już trzymał mnie za kostkę i wciągał pod powierzchnię. Plując i charcząc, dostrzegłem mojego pracodawcę, do połowy pochłoniętego przez ziemię.

– Rzuć pan tę łopatę, do ciężkiej… – zaczął sapać, lecz po krótkiej chwili zniknął.

Chwyciłem rączkę szpadla i uderzyłem w miejsce, w którym jeszcze przed sekundą widziałem pana Ponurego. Albo mi się wydawało, albo ta cała glina nagle stała się twardsza. Jedyne, co udało mi się osiągnąć, to odkopanie dłoni mojego pracodawcy, która zaczęła kurczowo zaciskać palce. Podstawiłem mu narzędzie pod rękę, ten je złapał, a ja w tym samym czasie poczułem, że coś mnie wciąga. Jedyny pożytek z tego wszystkiego był taki, że pan Ponury się uwolnił. Stanął pośrodku tunelu, plując piachem i rzucił się do odkopywania trumny.

Ty plugawy zdrajco, pomyślałem, wciągnięty już do połowy. Nie wierzę, że ostatnią rzeczą, jaką zrobię na tym świecie, będzie ocalenie ci życia.

Gdy mój pracodawca dogrzebał się do trumny Mariusza Wrony, otworzył ją z wysiłkiem i zaczął rozrzucać na boki wszystkie rzeczy, którymi pożegnali mężczyznę jego bliscy. Ja tkwiłem w ziemi już po same pachy i mogłem tylko obserwować. Cały mój misterny plan poszedł w cholerę.  Pan Ponury w końcu z triumfalnym okrzykiem wyszarpnął uwaloną gliną i zakrzepłą krwią koszulę. Cały czas odtrącał chcące go dosięgnąć ręce. Kilkukrotnie musiał przywalić jakiemuś trupowi w twarz.

Walka zajęła mu ładnych parę minut, lecz ostatecznie udało mu się wyjść na powierzchnię. Jego wielkie stopy zrzuciły na mnie kilka dodatkowych kilogramów piachu, skutecznie przykrywając tę część nosa, która jako jedyna pozostała widoczna. Nie mogłem oddychać. Próbowałem się w jakikolwiek sposób poruszyć, lecz zostałem całkowicie unieruchomiony. Nie mogłem nawet wykonać dłonią gestu uwalniającego magię.

To koniec, pomyślałem, usiłując westchnąć teatralnie. Tak właśnie skończy…

W tym samym momencie coś mną szarpnęło i wyleciałem na powierzchnię jak z procy. Nie widząc nic na oczy, nie będąc w stanie złapać tchu, zostałem za pomocą zaklęcia pociągnięty przez pana Ponurego i zmuszony do biegu.

– Szybciej, Forge! – ryknął mój pracodawca, popychając mnie do przodu. – On już tu idzie, wezwali go. Musimy spadać!

Przetarłem dłonią bolące oczy, w których zalegało pełno pyłu. Wszystko zlewało mi się w jedno, potykałem się co chwila o kamienie i… cokolwiek leżało tam, pod moimi stopami, a pan Ponury ciągle mnie ponaglał. W końcu złapałem go za rękę i oboje runęliśmy na chodnik. Mój czarny płaszcz zaplątał mi się między nogami, a ja sam przez przypadek wsadziłem dłoń w rękaw marynarki mojego pracodawcy. Sapałem i rzucałem kończynami na boki, jednocześnie próbując się pozbyć piachu z oczu i wziąć pierwszy głęboki wdech.

– Na litość boską, panie Forge – wysapał pan Ponury, wstając.

Widziałem niewyraźnie, jak schyla się po koszulę Wieszczego i uśmiechnąłem się złośliwie, upychając zawiniątko pomiędzy plecami a paskiem spodni. Nie wiem, czy w tym całym burdelu złapałem właściwą koszulę, ale nie było teraz czasu, żeby się upewnić. Mój pracodawca otworzył portal i bezceremonialnie wepchnął mnie do środka. Uciekliśmy również i tym razem.

VIII

Szczegółem dotyczącym Wieszczego, który przegapił pan Ponury, było to, że upiór miał nie spocząć, dopóki nie odzyska swojej koszuli i nie ukatrupi tego, kto mu ją zabrał. Każdy, kto gołą dłonią dotknie owego materiału, zostaje naznaczony. Ja, podmieniając koszule, miałem na sobie czarne skórzane rękawiczki, a to znaczyło, że duch zacznie ścigać mojego pracodawcę pomimo tego, że ten nie miał już części garderoby Mariusza Wrony.

Pan Ponury zburzył grób Wieszczego za pomocą magii i przeniósł nas przez portal prosto do swojego ogrodu. Na cały następny dzień zniknął w swoim gabinecie, zapewne zabezpieczając bezwartościowy łach, kupiony przeze mnie w pobliskiej sieciówce. Ja natomiast dochodziłem do siebie w swojej sypialni. Czekałem. Chciałem się upewnić, że mój podstęp zadziała.

Obolały zwlokłem się z łóżka w środku nocy i wyjrzałem przez okno. Przeczesywałem czujnym spojrzeniem osiedle, aż w końcu go dostrzegłem. Czekał. Stał wyprostowany i wpatrywał się w nasz dom spojrzeniem pełnym nienawiści. Nie mógł podejść bliżej, ponieważ mój pracodawca zabezpieczył teren domu i najbliższą okolicę, ale dla mnie liczyło się tylko to, że polowanie się rozpoczęło. Prędzej czy później upiór znajdzie sposób na to, żeby dorwać pana Ponurego w swoje ręce, a wtedy ja będę wolny. Zostało jeszcze do dopracowania kilka szczegółów, ale miałem czas.

Któregoś dnia zostawię za sobą tę pochrzanioną rodzinkę razem z martwym truchłem mojego pracodawcy i odejdę w swoją stronę.

Pytanie tylko: kiedy ten dzień nadejdzie?

Skryba: A.Forge

Czas akcji: zanim pan Ponury oszukał wampira