Zostałem sprzedany jak kawał jakiejś szynki

Zostałem sprzedany jak kawał jakiejś szynki

Niedawno skończyłem spisywać pierwszą część opowieści o rodzinie Ponurych. Seria liczy sobie dwanaście opowiadań i jest – śmiem skromnie twierdzić – kawałem naprawdę zacnej roboty. Nie wspomnę nawet, że przy ostatnim epizodzie wspiąłem się na wyżyny mojego literackiego geniuszu… Ehhh, no pozwólmy następnym pokoleniom mnie podziwiać. Nobla, Nike, czy Bookera też w następnym roku dostać nie muszę, bo i tak jestem zajęty, więc nie mógłbym się pojawić na gali, żeby odebrać nagrodę. Tej dwójki moich wydawców na pewno nie wyślę, by mnie reprezentowali, bo na pewno mi ją ukradną. No i smokingu jeszcze nie oddałem do czyszczenia. Przecież w jakimś Armanim nie pójdę!

Ale opowiadania naprawdę zapierają dech w piersi!

W każdym razie dzisiejszy wpis będzie o tym, w jaki sposób odwdzięczono mi się za lata ciężkiej pracy dla tej pochrzanionej magicznej rodzinki.

No więc siedziałem sobie (jak co dzień), kontemplując życie przy porannej filiżance kawy w kuchni, w domu mojego pracodawcy, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi wejściowych. Znajdowałem się w tamtym momencie najbliżej, a niepisaną zasadą w tym domu jest to, że ten, kto może najszybciej wpuścić gościa do środka, powinien podejść i to zrobić. Tak więc mogłem uczynić tylko jedno – siedzieć cicho i udawać, że mnie tam po prostu nie ma. Złapałem za leżący nieopodal telefon jednej z córek pana Ponurego, podłączyłem słuchawki i puściłem głośno muzykę.

Co to, do cholery, ta Beyonce jest i czemu tak wyje, na litość boską?! Przecież słuchać się tego nie da! Ani ze mnie single lady, ani nie jestem crazy in love. No ale nie mogłem już się wycofać.

Słyszałem, jak ktoś zbiega po schodach i wpuszcza gościa do środka. Instynktownie wyczułem, że idą w moją stronę, siorbnąłem więc odrobinę kawy i chwilę później wyplułem wszystko na nowego iPhone’a tej małej, krzykliwej paskudy, omal nie spadając z krzesła.

Kogo jak kogo, ale Kostuchy w tym domu to się nie spodziewałem! Obok niej stał mój pracodawca w swoim tradycyjnym stroju, a w ręku ściskał jakieś urzędowo wyglądające pisemko. Śmierć zaś przyglądała mi się badawczo swoimi pustymi oczodołami i szczerzyła w uśmiechu długie, ostre kły. Poprawiłem się na krześle, przełknąłem ślinę i obserwowałem pana Ponurego, podchodzącego do mnie z niepewną miną winowajcy.

Ta łajza mnie sprzedała! Po prostu mnie sprzedała i założę się, że nawet się o mnie specjalnie nie targował. Mało tego! Jestem w stanie dać sobie obie łapy uciąć, że oddał mnie tak łatwo jak wczoraj pozwolił sobie wcisnąć w mięsnym ten podejrzanie wyglądający kawał szynki, którego nikt nie chce teraz jeść!

Dobra, już się trochę uspokoiłem. Już wyjaśniam. To, co wręczył mi mój pracodawca, to aneks do umowy, którą podpisałem z rodziną Ponurych. Na jego mocy zostałem wypożyczony (ja nadal uważam, że zostałem sprzedany) na okres kilku następnych tygodni w celu spisania historii, którą Kostucha chciała umieścić w swoim mauzoleum. Jeszcze tego samego wieczoru musiałem się spakować i przejść przez portal otworzony specjalnie dla mnie przez Niewidomce. Nawet nikt mnie o zdanie nie zapytał. Może miałem jakieś plany?

Zawsze na mnie trafi…

 

A. Forge

Paweł ofiarą Canvy.